40 tys. miejsc
pracy w Polsce, 220 tys. w pozostałych krajach Unii. Taka jest - zdaniem Ministerstwa Gospodarki - stawka sporu, który rozstrzygnie się w czwartek w Brukseli. Wtedy unijny komitet ds. ceł (czyli przedstawiciele 27 rządów i Komisji Europejskiej) ma podjąć decyzję, czy przedłużać cła antydumpingowe na obuwie z Chin i Wietnamu.
Unia wprowadziła je w 2006 r., po latach zalewania europejskiego rynku przez buty z Azji sprzedawane po cenach dumpingowych. Masowy
import doprowadził wielu europejskich producentów na skraj ruiny.
Po wprowadzeniu ceł ochronnych branża zyskała drugi oddech. Produkcja butów zaczęła odradzać się w Polsce i w kilku innych państwach Europy. U nas większość firm obuwniczych i powiązanych z tą branżą powstała w najbiedniejszych regionach kraju.
Co równie ważne, karne cła na produkty z Chin i Wietnamu (odpowiednio 16 i 10 proc.) nie doprowadziły do drastycznego wzrostu cen butów. Od 2005 r. buty w Europie podrożały średnio o blisko 2 proc. przy inflacji rzędu 6 proc. Cło nie podbija cen detalicznych, bo
sprzedawcy i importerzy mają z czego schodzić - jak policzyła Komisja Europejska, ich marża sięga 30-50 proc.! Co ciekawe, sami Chińczycy i Wietnamczycy u siebie wprowadzili jeszcze wyższe zapory celne na buty: aż 50-70 proc.
- Niestety, cła antydumpingowe na buty z Chin i Wietnamu wprowadzono na krótko - mówi "Gazecie" wiceminister gospodarki Marcin Korolec. Teraz
Polska wraz z Włochami, Hiszpanią, Rumunią, ze Słowacją i z Portugalią domaga się ich przedłużenia. Na pięć lat albo przynajmniej na dwa. W ostateczności na 15 miesięcy, co sugeruje Komisja Europejska.
Na razie jednak Polska i jej sojusznicy nie mają większości głosów w komitecie, bo przeciwko przedłużaniu ceł opowiada się koalicja państw z Wielką Brytanią, Holandią i krajami skandynawskimi na czele. - Konflikt jest jasny: z jednej strony są kraje, które tak jak Polska mają małe i średnie przedsiębiorstwa produkujące buty, a z drugiej strony stoją państwa wielkich koncernów, które zainwestowały w fabryki w Chinach - tłumaczy Korolec. Firmy takie jak Nike, Puma,
Adidas, Timberland lub Ecco nie chcą już dłużej płacić ceł za swoje wyroby sprowadzane z chińskich i wietnamskich fabryk (ok. 800 mln euro od 2006 r.).
Kluczowe będzie stanowisko Niemiec. - Jeśli niemiecki rząd zdecyduje się na przedłużenie ceł antydumpingowych, to mamy jeszcze szanse. Jeśli nie, to umarł w butach. Dosłownie... - mówi "Gazecie" anonimowo jeden z polskich dyplomatów. Niestety, zarówno Puma, jak i Adidas mają siedziby w Niemczech.
Stanowisko polskiego rządu wspiera Polska Izba Przemysłu Skórzanego zrzeszająca firmy z branży. Ale są też polskie spółki, które nie żądają przedłużenia ceł. Niektóre, takie jak giełdowy NG2, też importują swoje buty. - To jest temat wywołujący od wielu miesięcy w Unii Europejskiej debatę na temat wolnego rynku. Niektórzy europejscy producenci podnoszą wprawdzie argumenty o zbawiennym wpływie ceł na ochronę miejsc pracy w Europie i twierdzą, że dostarczają konsumentom produkt o rzekomo znacznie wyższej jakości, tymczasem nawet włoscy potentaci rynku mody otwarcie zwracają się w stronę Chin - mówi "Gazecie" Piotr Nowjalis, wiceprezes NG2. - Kwestia utrzymania ceł antydumpingowych ma dla nas mniejszą wagę. Największe znaczenie ma stabilność przepisów.