Biznes Ludzie Pieniądze

Operatorzy internetowi nie chcą blokować stron z hazardem

Tomasz Grynkiewicz, Rafał Zasuń
16.11.2009 , aktualizacja: 16.11.2009 21:26
A A A Drukuj
Rząd chce zablokować dostęp do niektórych stron internetowych. Operatorzy protestują, bo nie chcą za to płacić
W ekspresowym tempie kilkunastu dni resort finansów opracował projekt, który mocno zmieni polski internet. Powodem była tzw. afera hazardowa. W październiku premier Donald Tusk mówił, że sieć ma być od niego wolna. Rząd chce aby powstała lista stron internetowych, które będą musieli z urzędu blokować dostawcy internetu. Znajdą się na niej firmy e-hazardowe, strony pedofilskie, propagujące faszyzm oraz używane przez oszustów finansowych. Rejestr będzie prowadził Urząd Komunikacji Elektronicznej, a informacji dostarczą odpowiednie służby.

Rząd nie widzi w blokowaniu stron wielkich problemów ani kosztów. W uzasadnieniu można wyczytać, że ... "koszty ponoszone przez przedsiębiorcę telekomunikacyjnego będą ograniczone do stworzenia prostego oprogramowania filtrującego oraz dokonującego aktualizacji blokowania adresów".

Operatorzy: my mamy za to płacić?

- Jesteśmy zaskoczeni zakresem obowiązków. Operatorzy będą musieli ponieść znaczące koszty związane z dostosowaniem swojej infrastruktury do blokowania stron i usług w sposób zaawansowany - mówi Andrzej Pomarański z PTC (operator sieci Era i Heyah).

Jakie rzędu inwestycje wchodziły by w grę? Tego nie wie nikt, bo rząd swych planów nie precyzuje. Co więcej, projektu nie przesłał wcześniej operatorom.

- Założenie o niewielkich kosztach jest z sufitu wzięte, ktoś chyba nie miał pojęcia o tym, jak działa sieć - wtóruje mu Paweł Krawczyk, specjalista od bezpieczeństwa informatycznego. - W praktyce do względnie skutecznego blokowania stron potrzebne byłyby naprawdę wyspecjalizowane urządzenia, kosztowne, w dodatku obciążające sieć - dodaje.

Sęk w tym, że proste filtry, które zawierają tylko adresy witryn internetowych, są łatwe do obejścia. Można choćby za kilkanaście dolarów miesięcznie wykupić sobie tzw. VPN, czyli "tunel" w sieci, np. do serwera w Wlk. Brytanii czy Holandii. I dopiero stamtąd połączyć się z teoretycznie niedostępną w Polsce witryną. - Niewykluczone, że sam mógłbym zaoferować taką usługę w pakiecie swoim klientom - śmieje się jeden z lokalnych operatorów z Wielkopolski.

A jeśli rząd się pomyli?

- Pomijając aspekty techniczne, rejestr jest o tyle groźnym pomysłem, że rząd może dowolnie rozszerzać kryteria blokowania stron. Już samo to, że projekt blokowania stron z faszyzmem czy pedofilią zgłosiło ministerstwo finansów daje do myślenia - mówi Krawczyk.

- Wszedłem na przykład dziś na taką czeską stronę, która mierzy prędkość internetu i widzę na niej baner z Che Gueavarą. Czy taką stronę należy zamknąć? - zastanawia się Wacław Iszkowski, prezes Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji.

Z projektu nie wynika też, co się stanie, jeśli jakaś strona trafi do rejestru przez pomyłkę - nie wiadomo np. jak szybko poszczególni operatorzy internetowi mieliby odblokowywać do niej dostęp.

- Co nagle, to po diable. Różnych kwiatków dopatrzymy się z pewnością więcej. Powstanie dziwoląg prawno-techniczny, który dopiero trzeba będzie łatać - uważa Iszkowski.

- Przychody pewnie spadną, część ludzi się wycofa z e-hazardu, ale nie sądzę, że firmy zrezygnują z polskiego rynku. Włosi próbowali walczyć z nami w ten sam sposób, blokując strony. Ale my zakładaliśmy po prostu nowe witryny, z jedynką, potem dwójką, potem trójką przed nazwą. Wreszcie odpuścili i zalegalizowali e-hazard i to z podatkiem trzy razy niższym w Polsce - śmieje się menedżer z jednej z zagranicznych firm e-hazardowych działających w Polsce.

Czy Unia się na to zgodzi?

Projekt trafi teraz do Komisji Europejskiej, która sprawdzi czy jest zgodny z unijnym prawem. Miesiąc temu zakwestionowała pomysł Danii, która także chciała blokować strony internetowe. Według unijnej dyrektywy o świadczeniu usług elektronicznych podlegają one prawu kraju, w którym usługodawca ma siedzibę. Czyli gra w portalu zarejestrowanym na Malcie podlega prawu maltańskiemu. Są jednak wyjątki. M.in. chodzi o ochronę małoletnich, zdrowia publicznego czy porządku publicznego. - Mam jednak wątpliwości, czy takie argumenty wystarczą, by obronić polski projekt w Komisji Europejskiej, bo środki proponowane przez rząd mogą zostać uznane za nieproporcjonalne do zamierzonych celów. Ochronę, w szczególności małoletnich, przed uzależnieniem od hazardu próbuje się osiągnąć blokując wszystkim dostęp do tego rodzaju stron internetowych - mówi mecenas Wacław Knopkiewicz z kancelarii Grynhoff Woźny Maliński.

Rząd trochę zmiękł w sprawie hazardu w internecie

Strony internetowych bukmacherów zarejestrowanych w innych krajach UE miały być bezwzględnie blokowane. Ale opublikowany projekt ustawy w tej sprawie okazuje się bardziej liberalny niż zapowiedzi premiera. Dozwolone będą strony tylko tych bukmacherów, którzy zarejestrują domenę w Polsce i tu dostaną zezwolenie na działalność. Rząd chce nawet pozwolić im na reklamę, która nazywa się "informowaniem o sponsoringu". Dzięki temu banery firm-ehazardowych nie znikną z boisk i koszulek piłkarzy. Ale jednocześnie rząd chce podwyższyć podatki od branży- z 10 proc. od przychodów do 50 proc. od zysku. - To najwyższa stawka w Europie, nikt na to nie pójdzie - mówi przedstawiciel jednej z firm. Protestują też bukmacherzy "z realu".

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    17 głosów