Biznes Ludzie Pieniądze

Google zeskanuje tylko anglosaskie książki

Vadim Makarenko
18.11.2009 , aktualizacja: 18.11.2009 09:50
A A A Drukuj
Google zmienił projekt ugody z amerykańskimi wydawcami i autorami. Polscy wydawcy triumfują. Jednak za granicą głosy krytyki nie cichną.
Google
Fot. Pawe3 Kozio3 / AG
Google
Piotr Marciszuk, prezes Polskiej Izby Książki, uważa nowy projekt ugody Google'a z wydawcami za triumf prawa autorskiego. - Poprzednia wersja ugody obejmowała wszystkich autorów z całego świata. Polscy wydawcy zostali wciągnięci w nią bez ich wiedzy i zgody, a gigant mógł skanować nasze książki i czerpać z tego przychody. Nowy projekt dotyczy tylko książek anglojęzycznych - tłumaczy Piotr Marciszuk. Przekłady polskich autorów wydane w USA, Kanadzie, Wielkiej Brytanii oraz Australii nadal można będzie skanować i udostępniać w tych krajach online. Szef Polskiej Izby Książki zaznacza jednak, że nowa ugoda zostawia polskim autorom furtkę. - Będą mogli wypisać się z niej na własne życzenie - mówi Marciszuk.

- Na obszarze wydawniczym Google porusza się jak słoń w składzie porcelany, zrażając do siebie wydawców, autorów oraz rządy. Niezadowolenie wyrażali nawet chińscy pisarze - mówi mec. Daniel Hasik z kancelarii prawnej CMS Cameron McKenna.

Jak już pisaliśmy, program Google Book Search polega na skanowaniu książek znajdujących się w amerykańskich bibliotekach. Do tej pory internetowy gigant zeskanował ponad 7 mln tomów, większość to niewznawiane od lat pozycje. Jednak są wśród nich książki wciąż chronione. Google uruchomił projekt na własną rękę, powołując się na klauzulę dozwolonego użytku i przekonując, że zyskają na nim wszyscy. Internauci będą mogli mieć dostęp do 20 proc. tekstu każdej książki za darmo (za dostęp do całej książki musieliby zapłacić). Ponadto Google będzie mógł sprzedawać abonament na dostęp do całego zbioru uczelniom oraz innym instytucjom publicznym. Dostęp do zeskanowanych książek ma mieć każda biblioteka publiczna w USA.

Jednak amerykańskie wydawnictwa pozwały giganta do sądu i jesienią 2008 r. zawarły z nim ugodę. Daje ona wydawcom 63 proc. dochodów z tytułu wykorzystywania ich książek oraz zobowiązuje koncern do wydania 125 mln dol. na stworzenie rejestru praw autorskich.

Projekt ugody miał być zatwierdzony przez nowojorski sąd we wrześniu tego roku, ale do akcji wkroczył Departament Sprawiedliwości USA, który uznał, że w takim kształcie ugoda może nie tylko godzić w autorów i ich spadkobierców, ale również zagrażać konkurencji na rynku e-książek. Google skierował wtedy do sądu nową wersję ugody.

Z perspektywy europejskich wydawców najważniejszą zmianą jest ograniczenie ugody do pozycji wydanych wyłącznie w USA, Kanadzie, Wielkiej Brytanii oraz Australii. W ten sposób Google ustosunkował się do zastrzeżeń rządów m.in. Francji oraz Niemiec, które twierdziły, że tak skonstruowana ugoda jest sprzeczna z prawem autorskim obowiązującym w krajach Unii Europejskiej. - Ograniczenie ugody do czterech krajów oznacza, że Google będzie musiał zawierać odrębne porozumienia z wydawcami i autorami w innych krajach, jeśli będzie chciał uruchomić tam Google Book Search - mówi mec. Hasik. Jego zdaniem będzie to dla Komisji Europejskiej impulsem do stworzenia własnej cyfrowej biblioteki. - Stawiałbym na odrębny model. - Zbyt duże są różnice prawne, a poza tym jest jeszcze kilka podmiotów, które chciałyby wejść na rynek e-książki- dodaje.

W nowej wersji ugoda dopuszcza do cyfryzacji książek inne firmy. Dziennik "New York Times" podkreśla, że w tej wersji już nie ma zapisu, który był interpretowany w taki sposób, że żadna inna firma nie mogła zawrzeć porozumienia z autorami i wydawcami na lepszych warunkach niż Google. Skazywałoby to branżę wydawniczą na współpracę tylko z Google. - Inne firmy, jak np. Microsoft czy Yahoo, mogą mieć własne pomysły na cyfryzację książek i wydawcy powinni mieć możliwość podjęcia rozmów z innymi podmiotami - dodaje Piotr Marciszuk.

Kolejna istotna poprawka dotyczy tomów osieroconych, czyli takich, co do których właściciele praw autorskich nie zostali ustaleni. Nowy projekt ugody zakłada powołanie nadzorcy, który ma się nimi opiekować. Za zgodą Kongresu może udzielać licencji innym firmom, które również chcą skanować i sprzedawać te książki, i będzie nadzorował przychody, które pochodzą z ich sprzedaży. Jeśli nikt nie zgłosi się po pieniądze w ciągu dziesięciu lat, zostaną one przeznaczone na cele dobroczynne lub na prace mające zidentyfikować właścicieli praw.

Nowy projekt ugody poparło stowarzyszenie brytyjskich wydawców. Skrytykowali go jednak autorzy z Kanady. Według branżowego serwisu Bookseller.com Związek Pisarzy Kanady uważa, że w takim kształcie ugoda nie jest zadowalająca w zakresie ochrony tomów osieroconych oraz użytku bibliotecznego.

Gina Talamona, rzeczniczka Departamentu Sprawiedliwości USA, zaznaczyła w rozmowie z "New York Timesem", że jej urząd przyjrzy się nowemu projektowi ugody, ale na razie śledztwo trwa.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów