Agata Nowakowska, Dominika Wielowieyska: Co pan sądzi o pomyśle ministrów: Jacka Rostowskiego i Jolanty Fedak by przekazywać do OFE tylko 3 proc. składki? Czy jest korzystny dla gospodarki, czy to dobry pomysł na ratowanie finansów publicznych? Jan Krzysztof Bielecki: - W tej sprawie nie mogę występować w roli bezstronnego eksperta, bo w grupie Banku Pekao jest towarzystwo emerytalne zarządzające Otwartym Funduszem Emerytalnym, które po tych zmianach zarabiałoby mniej niż obecnie. Powiedziawszy to muszę przyznać, że propozycję obojga ministrów traktuję jako zaproszenie do dyskusji, a nie rzecz dokonaną. Jako liberałowi marzyłby mi się system, w którym jasno mówimy ile pokolenia pracujące są "winne" emerytom i jak to będą spłacać, tym samym ustalając tzw. emeryturę minimalną. A równocześnie sami pracujący dokonywaliby samodzielnych wyborów: ile chcą oszczędzać, czy w formie inwestycji kapitałowych, czy np. inwestując we własny biznes albo edukację
dzieci. Jeśli z różnych przyczyn taki system jest u nas mało prawdopodobny, to trzeba przemyśleć ten obecny. A szczególnie kilka kwestii: wysokości opłat za zarządzanie, tego czy część akcyjna powinna mieć taką konstrukcję jak teraz, co prowadzi do bardzo zbliżonych wyników OFE. Być może wreszcie, należałoby pozwolić emerytowi wpływać na decyzje, czy oszczędzając chce podejmować większe ryzyko w subfunduszu bardziej akcyjnym, mniejsze w funduszu obligacyjnym, a może w ogóle nie chce ryzyka i wybierze lokatę bankową? Pytań jest mnóstwo. Dlatego wypowiedzi ministra traktuję jako wywołanie dyskusji, której u nas na tematy merytoryczne jest niestety bardzo mało.
Min. Rostowski mówił, że państwo się zadłuża po to żeby przekazać pieniądze do OFE, a OFE kupują za to papiery skarbowe i pobierają za taką prostą dość transakcję 3,5 proc. prowizji. Kupno obligacji to nie jest czynność tak kosztowna dla towarzystw. - ZUS też nie robi tego za darmo, a jego koszty transferowe wynoszą mniej więcej 1 proc. Dodatkowo trzeba jeszcze pamiętać, że ZUS jako instytucja kosztuje podatników ok. 3,5 mld zł rocznie.
Słyszymy ze strony towarzystw emerytalnych, że to bardzo osłabi giełdę. Czy pan też się spodziewa takich skutków? - Tego argumentu akurat nie rozumiem. Na obecnym etapie prac to nie jest jeszcze jasne, bo nie wiadomo czy limit 40 procent inwestycji w akcje zostałby utrzymany, czy też skorygowany.
Jakie ma pan oczekiwania wobec rządu? Co może dać dyskusja o korekcie systemu emerytalnego? Powinniśmy się zastanowić, co po 10 latach funkcjonowania tego systemu należałoby zmienić. Przecież te przepisy dotyczące funduszy są bardzo rygorystyczne. Może ta dyskusja doprowadzi do ich poluzowania, co akurat miałoby pozytywny efekt? To, że OFE kupują tak wiele papierów rządowych wynika z ich praktyki działania i biznesowych decyzji. Bo zakup papierów skarbowych w ramach 60-procentowego limitu na papiery dłużne daje najlepszą relację ryzyka do dochodowości. Teoretycznie OFE mogłyby w ogóle nie kupować obligacji rządowych, tylko samorządowe, spółek publicznych czy spółek komunalnych.
Istotne pytanie dotyczy również limitów inwestowania za granicą, który dziś wynosi zaledwie 5 proc. Inwestowanie tych paru procent w zagraniczne akcje lub obligacje jest bardzo trudne, bo trzeba dysponować osobnym aparatem do planowania i przeprowadzania tego typu operacji. Jeżeli w wyniku debaty z ministrem Rostowskim ta reguła zostanie zmieniona, to może to być spora korzyść dla przyszłych emerytów.
Ale niekoniecznie dla polskiej gospodarki. Bo do tej pory pieniądze przyszłych emerytów były inwestowane w Polsce. Zmieniając przepisy pozbawimy się części źródeł kapitału dla polskich inwestycji Podniesienie tych limitów niekoniecznie oznaczałoby, że wszystkie te środki od razu ruszyłyby za granicę. Wyobrażam sobie to w ten sposób, że zarządzający kupowaliby wyraźnie niedowartościowane "blue chips" na rynkach zagranicznych, w ten sposób pozwalając przysłowiowemu Kowalskiemu skorzystać ze wzrostu w tych dziedzinach gospodarki i w tych regionach świata, gdzie będzie on najsilniejszy. Cały czas jednak wierzę, że perspektywy naszej gospodarki i naszych spółek w ciągu najbliższych dekad są na tyle obiecujące, że większość kapitału będzie pracowała u nas. Zagranicę traktowałbym jako dodatkową opcję, bufor do użycia kiedy pojawiają się okazje, takie jak np. przecena na giełdach pod koniec 2008 i na początku roku bieżącego.
rozmowa przeprowadzona 9 listopada