Mikołaj Chrzan: Wycena akcji? 0 zł. Prawdopodobieństwo bankructwa? Ponad 50 procent. Rekomendacja dla akcjonariuszy? Sprzedawać! Skutek? Na giełdzie panika - kurs Lotosu leci w dół o niemal jedną piątą. Pamięta pan ten dzień?
Paweł Olechnowicz: Doskonale. To było rok temu, dokładnie 24 listopada, w poniedziałek. Właśnie wtedy ukazał się iście hiobowy raport węgierskiego analityka pracującego dla giganta finansowego, włoskiego Unicredit. Już w weekend miałem sygnały, że coś się święci. Ale tego, co nastąpiło, nie mogłem przewidzieć. W poniedziałek rano miał miejsce atak na firmę. Tak mogę określić charakter węgierskiego raportu. Miał dziwną konstrukcję. Co innego wynikało z załączonych danych finansowych, co innego - ze strony z podsumowaniem, na której zatrzymuje się większość inwestorów. Zresztą o jego marnej wiarygodności świadczy aktualna sytuacja spółki: o bankructwie nie ma mowy, zysk wzrasta [za III kwartał 580 mln wobec 224 mln straty w III kwartale 2008 r.], a akcje kosztowały dzisiaj nie 0, ale ponad 28 zł.
Ćwiczę odporność na stres
Przez kilka godzin dziennikarze daremnie próbowali się dowiedzieć, co się dzieje i czy Lotosowi naprawdę grozi bankructwo. Ale pana komórka milczała. Co pan robił?
- Miałem sporo pracy. Publikację raportu z takimi informacjami jednoznacznie oceniłem jako atak na firmę. A Lotos, druga pod względem wielkości rafineria, to jeden z elementów bezpieczeństwa energetycznego kraju. Trzeba było walczyć. Tu nie ma żartów. I nie chodzi tylko o giełdę i inwestorów.
Były konsultacje ze służbami, np. z ABW?
- W naszej branży w sferze istotnej dla bezpieczeństwa państwa pewne instytucje muszą wiedzieć, co się dzieje. Zwłaszcza w sytuacji zagrożenia. Nic więcej o tym nie powiem.
W mediach zaistniał pan dopiero po południu. Przekonywał dziennikarzy, że "Lotos jest zdrowy, a raport tendencyjny"...
- Kiedy ktoś atakuje, trzeba się bronić. Oczywiście, im jest na to więcej czasu, tym lepiej można się przygotować, obmyślić taktykę, skonsultować z doradcami. Ale wtedy nie można było dłużej zwlekać, mówić: "Proszę zadzwonić jutro". Gdybyśmy unikali mediów, inwestorzy mogliby pomyśleć, że skoro milczymy, to naprawdę z firmą coś jest nie tak. Ponieważ akcje pikowały, prosiłem prezesa warszawskiej giełdy, by zawiesił notowania.
Nie lepiej napisać komunikat, wysłać do dziennikarzy rzecznika, a samemu w zaciszu gabinetu poczekać, aż sytuacja się uspokoi?
- Komunikat prasowy opublikowaliśmy, rzecznik rozmawiał z dziennikarzami. Jednak w sytuacji kryzysowej szef nie może się ukrywać. Ilekroć na wykładach dla studentów czy menedżerów przedstawiam to wydarzenie jako "case study", zawsze powtarzam: "Nie wybierajcie łatwiejszej drogi, trenujcie odporność na stres". Bo niezależnie od wielkości firmy zawsze największą odpowiedzialność ponosi ta jedna osoba u góry. Jeśli ktoś nie jest na to gotowy, niech zmieni pracę.
Niektórzy współpracownicy z Lotosu mówią o panu: "bokser". Walka to pana żywioł.
- Bez przesady. Raz, że nie lubię boksu - okładanie się bez powodu to przecież bezsens. Dużo wyżej stawiam szachy. Choć rzadko grywam, fascynują mnie. Bo wiadomo, w biznesie jak w szachach - trzeba planować kilka ruchów naprzód. Zaskakujące, jak wiele osób o tym zapomina. Po drugie, menedżer w typie wojownika, którego strategią jest wszczynanie wojen o wszystko ze wszystkimi, szybko polegnie, a jego firma straci. Taki nie jestem i takich nie zatrudniam. Co innego móc się skutecznie bronić, co innego wyżywać się w walce.
Nie ma pan snów o potędze? O tym, że pod pana przewodem Lotos połyka Orlen? W przeszłości pojawiały się takie scenariusze.
- Byłyby to chore rojenia. Jesteśmy konkurentami, ale nie wrogami. Zwłaszcza że obie firmy są kontrolowane przez jednego właściciela - skarb państwa. Na rynku wystarczy miejsca dla Lotosu i Orlenu. A ja chcę, by Lotos nie tyle połykał, ile po prostu się rozwijał.
Walczę z wiecznym rozliczaniem
Czy państwo może być dobrym właścicielem?
- Może, i nasza firma jest tego dowodem. Choć to raczej wyjątek niż standard. Bo mamy też mnóstwo złych przykładów, np. stocznie.
Przyczyna?
- Fatalny nadzór. To niepojęte, że firma tonie w długach, co dzień zbliża się do upadłości, a jej prezes co miesiąc dostaje 30 tys. zł pensji [choć były kontrolowane przez państwo, stoczni nie obejmowała tzw. kominówka]. Jeśli firma ma dobrze działać, wynagrodzenie menedżera musi być pochodną jej wyników. Inny grzech wielu państwowych firm to czystki: co zmiana władzy, to wymiana menedżerów. Ci nowi często nie znają się na branży ani w ogóle na biznesie. Kiedy więc pojawi się ktoś taki w firmie, nie ratuje jej, bo nie wie jak. Co więc robi? Rozlicza poprzedników! Im dłużej, tym lepiej. Zero spojrzenia w przyszłość, tylko drobiazgowa analiza przeszłości - Kowalski spartolił to, Malinowski zawalił tamto, a w ogóle to pogrążył nas Iksiński pięć lat temu. Oglądając telewizję, można odnieść wrażenie, że to niekończące się rozliczanie to nasze narodowe hobby.