W ubiegłym tygodniu w Warszawie pod siedzibą firmy RWE Polska otwarto pierwszą w stolicy publiczną stację do ładowania samochodów elektrycznych. Dziennikarze tłoczyli się, by zobaczyć podłączanie wtyczki do sprowadzonego z Niemiec amerykańskiego sportowego auta Tesla, a potem słuchali, jak prezes RWE Polska Filip Thon zapewnia, że ten elektryczny bolid za ponad 460 tys. zł rozpędza się do setki równie chyżo jak cacka Porsche czy Ferrari.
Do czerwca w Warszawie ma być już 130 punktów do ładowania aut, ale mniej wydajnych niż ten pod siedzibą polskiej spółki niemieckiego koncernu. A w całej Polsce ma powstać 310 takich punktów, m.in. w Krakowie, Katowicach, Gdańsku i Mielcu. Zajmująca się tym projektem spółka Green Stream wyda 20 mln zł z funduszy UE na budowę stacji do ładowania baterii, zakup 20 aut na prąd oraz opłacanie do połowy 2011 r. rachunków za ładowanie samochodów dla zainteresowanych taką promocją. Na razie będzie ich niewielu. Szacuje się, że po Warszawie jeździ teraz tylko 8 aut elektrycznych.
W Polsce, którą od wejścia do UE zalewają miliony starych, używanych aut z Zachodu, prowadzona z takim rozmachem kampania promocji samochodów elektrycznych wygląda jak przypinanie orchidei do zjedzonego przez mole kożucha. A pomysł płacenia rachunków za prąd posiadaczowi auta za prawie pół miliona złotych brzmi jak kpina. Ale za to będziemy w awangardzie elektrycznej rewolucji w motoryzacji. Bo majętna hiszpańska Barcelona zamierza wybudować do 2011 r. 190 stacji ładowania elektrycznych aut, tylko półtora raza więcej niż półtora roku wcześniej będzie w Warszawie.
Politycy pod prądem W Europie decyzja o elektrycznej rewolucji w motoryzacji zapadła w grudniu zeszłego roku, kiedy europarlament przyjął przepisy o ograniczeniu emisji CO2 z nowych aut.
Od 2012 r. dwie trzecie aut sprzedawanych w salonach w UE ma emitować nie więcej niż 130 g CO2/km, a w 2015 r. ta norma obejmie już wszystkie nowe auta wprowadzane do sprzedaży w UE. Dodatkową redukcję emisji o 10 g CO2/km ma zapewnić stosowanie opon o niskich oporach toczenia i szersze niż dotąd wykorzystanie biopaliw. A do 2020 r. emisja CO2 z przeciętnego auta sprzedawanego w UE ma spaść do 95 g CO2/km. Koncernów, które nie spełnią nowych standardów, wykończą drakońskie grzywny - do 95 euro za każdy gram CO2 ponad limit, licząc od każdego auta wprowadzonego do sprzedaży w Unii.
Emisje CO2 zależą głównie od ilości paliwa spalanego przez silnik. Nowe przepisy zmuszają więc koncerny do produkcji aut ekonomicznych. Do salonów w Europie już trafiają albo wkrótce trafią nowe modele samochodów, które spalają od 15 do 30 proc. mniej paliwa niż ich produkowani dotąd kuzyni. Ale to nie starczy. Aby spełnić wymogi UE, koncerny muszą na masową skalę wprowadzić samochody napędzane silnikami elektrycznymi i hybrydowymi.
Zaostrzone wymogi zużycia paliwa w nowych autach wiosną ogłosił także prezydent USA Barack Obama. W 2016 r. samochody wprowadzane do salonów sprzedaży w USA mają zużywać przeciętnie 6,6 l benzyny na 100 km, teraz - 9,4 l/100 km. Także w USA koncernom motoryzacyjnym trudno będzie spełnić warunki Obamy, jeśli nie postawią na produkcję aut elektrycznych i hybryd.
W UE nakaz produkcji samochodów na prąd tłumaczą troską o zmniejszenie emisji dwutlenku węgla - gazu, który ma powodować niekorzystne zmiany klimatyczne. Ale chodzi także o wielką politykę.
Rozwinięte gospodarczo państwa świata są coraz bardziej zależne od importu drożejącej ropy naftowej i muszą o nią konkurować z nowymi tygrysami gospodarczymi - Chinami, Indiami, Brazylią. Wyśrubowane standardy zużycia paliwa pozwolą ograniczyć wydatki na import ropy i pozostawiać pieniądze w portfelach mieszkańców UE i USA, zamiast napychać portfele szejków i oligarchów naftowych. Normy dla aut ogłoszone przez Obamę mają do 2016 r. zmniejszyć zużycie ropy w USA o 1,8 mld baryłek, czyli aż jedną czwartą importu.
O ile spadnie rachunek UE za import ropy po elektrycznej rewolucji? Dokładnie nie wiadomo. Ale pewne wyobrażenie dają szacunki Komisji Europejskiej, która chce zmusić koncerny, by do 2016 r. ograniczyły także w samochodach dostawczych emisję CO2 - z 200 do 175 g CO2/km. Tylko dzięki temu od 2016 r. na imporcie ropy UE ma oszczędzić aż 250 mld euro rocznie - zapowiadał komisarz UE ds. środowiska Stavros Dimas.
Powrót do korzeni Co ciekawe, samochód o napędzie elektrycznym to żadna nowina. Takie auta pojawiły się na drogach pół wieku przed pierwszymi samochodami z silnikami spalinowymi! Prawdopodobnie pierwszy prasamochód o napędzie elektrycznym skonstruował w 1828 r. węgierski wynalazca Angos Jedlitzky. Pojazdy na prąd największą popularnością cieszyły się w USA - na przełomie XIX i XX w. 38 proc. aut miało taki napęd, mniej więcej tyle samo - parowy, a ledwie jedna piąta - spalinowy. To samochód elektryczny - bolid "Jamais Contente" ("Wiecznie niezadowolona") Francuza Camille'a Jenatzy - pierwszy w 1899 r. przekroczył prędkość 100 km/h.
Erę wielkiej popularności samochodów elektrycznych zakończyła I wojna światowa. Symbolicznie wygrały ją pojazdy z silnikami spalinowymi, coraz doskonalsze i tańsze, a przede wszystkim pozwalające pokonywać dłuższe dystanse niż auta na baterie. Nawet dziś przeciętne auto elektryczne po ładowaniu przez całą noc przejeżdża tylko 150-200 km.
W XIX w. skonstruowano też pojazdy o napędzie hybrydowym. Zużywają mało paliwa, bo silnik spalinowy służy głównie do ładowania akumulatorów dostarczających energię silnikowi elektrycznemu. Ale musiał minąć wiek, zanim epokę aut o napędzie hybrydowym zapoczątkowała Toyota. Koncern w 1997 r. wprowadził do sprzedaży auto Prius, pierwszy w świecie seryjny samochód z napędem spalinowo-elektrycznym. Dziś największym hitem na japońskim rynku jest Prius trzeciej generacji, który spala średnio 4,7 l benzyny na 100 km, a Toyota produkuje kilka różnych modeli aut o napędzie hybrydowym. Sprzedaż pierwszego miliona hybryd zajęła Toyocie 10 lat, ze sprzedażą drugiego miliona Japończycy uporali się w dwa lata.
W tym roku na drogach pojawi się Prius "z wtyczką" (po angielsku plug-in), samochód hybrydowy, którego akumulatory w czasie postoju można ładować z gniazdka, jak auto elektryczne. Spala jeszcze mniej benzyny.
W Japonii w produkcji hybryd z Toyotą rywalizuje Honda. Konkurenci z innych części świata pozostają w tyle. Auta spalinowo-elektryczne produkują amerykańskie koncerny, ale dopiero na przełomie 2010/2011 r. General Motors i Ford zamierzają wprowadzić do salonów w USA szeroką gamę aut hybrydowych nowej konstrukcji, także "z wtyczką". W Europie niemiecki Daimler niespełna pół roku temu zaprezentował pierwszego seryjnego Mercedesa, który ma napęd spalinowo-elektryczny. A Peugeot-Citroën i Volkswagen jeszcze szykują produkcję własnych hybryd.
Kryzys to szansa Wyśrubowane normy zużycia paliwa w UE i USA wprowadzono w samym środku największego od dziesięcioleci kryzysu gospodarczego na świecie. A przecież spełnienie tych norm podbije ceny nowych aut średnio o 3 tys. euro - szacuje Stowarzyszenie Europejskich Producentów Samochodów (ACEA). Piekielnie drogie są też nowej generacji samochody elektryczne. Opel Ampera ma kosztować ok. 37 tys. euro (prawie 150 tys. zł), a małego Mitsubishi MIEV wyceniają w Japonii na niemal 50 tys. dol. (też ok. 150 tys. zł). Nissan, który pod koniec przyszłego roku chce zacząć sprzedaż w Europie, Japonii i USA nowego elektrycznego auta Leaf, zapowiada, że będzie tylko o 1-2 proc. droższy od porównywalnego auta z silnikiem spalinowym. Ale ta cena nie obejmuje akumulatorów, które użytkownicy będą... dzierżawić.
Jednak w rozwiniętych gospodarczo państwach świata uznano, że kryzys to najlepszy czas, by zacząć rewolucję w motoryzacji. Kiedy ludzie oszczędzają na zakupach nowych aut, można stworzyć nowy, "zielony" przemysł, pobudzając przy tym gospodarkę. A po kryzysie zacznie się odcinanie kuponów od inwestycji, którym przyszłe sukcesy z góry zagwarantowały decyzje polityków.
W październiku "batalię o elektryczne auta" zapowiedział rząd Francji. Paryż wyda na nią 1,5 mld euro, głównie na budowę infrastruktury do ładowania samochodów. Do 2015 r. we Francji ma powstać 1 mln stacji ładowania aut elektrycznych, w 90 proc. w... prywatnych domach. Od 2012 r. stacje do ładowania elektrycznych aut mają być obowiązkowo instalowane przy każdym nowym bloku. Do 2015 r. rząd i największe prywatne francuskie firmy kupią też 100 tys. aut elektrycznych, a przez najbliższe trzy lata ich nabywcom rząd da 5 tys. euro premii.
Zgodnie z programem rządu Nicolasa Sarkozy'ego w 2020 r. po drogach Francji ma jeździć 2 mln samochodów o napędzie elektrycznym lub hybrydowym. Ambitnie, bo dziś taki napęd ma ledwie kilka tysięcy z 30 mln aut we Francji. Ale to wielka szansa na modernizację fabryk koncernu Renault, którego największym udziałowcem jest rząd Francji.
Trzy tygodnie temu Renault utworzyło spółkę z rządową Agencją Energii Atomowej i rządowym Francuskim Funduszem Inwestycji Strategicznych. Za 600 mln euro spółka zbuduje w starych zakładach Renault we Flins fabrykę do produkcji 100 tys. baterii do aut elektrycznych rocznie. Połowę inwestycji pokryje kredyt z Europejskiego Banku Inwestycyjnego, a rządowy fundusz wyłoży 125 mln euro. Kolejne 150 mln euro rząd Francji da na produkcję elektrycznych Renault we Flins. Francuski koncern zapowiada, że za dwa lata będzie produkować elektryczne auta w dwóch fabrykach we Francji, w Hiszpanii oraz Turcji, a baterie - także w Portugalii i Wlk. Brytanii. Paryż da też 100 mln euro na produkcję elektrycznych aut Peugeot-Citroën i należącej do Daimlera fabryce miejskich Smartów.
Skromniejszy program ogłosiła kanclerz Angela Merkel: w 2020 r. po niemieckich drogach ma jeździć 1 mln elektrycznych aut.
Tyle samo elektrycznych aut na amerykańskich drogach już za sześć lat chciałby zobaczyć Obama. Na spełnienie tej wizji i ułożenie fundamentów pod przyszły "zielony" przemysł motoryzacyjny Waszyngton nie skąpi pieniędzy. Wiosną władze USA przyznały 2,4 mld dol. na produkcję baterii do elektrycznych aut i stacji do ich ładowania. A jak na rynku pojawią się auta hybrydowe "z wtyczką", ich nabywcy dostaną od Waszyngtonu 7,5 tys. dol. premii. Wartko płyną też pieniądze z uchwalonego przed rokiem przez Kongres programu 25 mld dol. pożyczek na ekologiczne samochody. Z tych funduszy Nissan dostał 1,6 mld dol. na przebudowę zakładów w Tennessee, które zamiast aut spalinowych będą produkować auta elektryczne i baterie. A związana z niemieckim Daimlerem firma Tesla na fabrykę elektrycznych aut otrzymała od władz USA prawie 0,5 mld dol.
Ponad pół miliarda dolarów dostała też firma Fisker Automotive, której inwestorem jest fundusz Ala Gore'a - byłego wiceprezydenta USA za kadencji Billa Clintona, a potem głośnego rzecznika ograniczania emisji CO2 w imię ochrony klimatu. W przyszłym roku w salonach Fisker pojawią się montowane w Finlandii sportowe hybrydowe auta Karma za 88 tys. dol. Część pożyczki Fisker wydał na zakup zamkniętej przez GM fabryki, w której chce produkować auto hybrydowe "z wtyczką" Nina w przystępniejszej cenie 40 tys. dol. Związany z Demokratami multimiliarder Warren Buffet zainwestował zaś w chińską firmę BYD, która przymierza się do sprzedaży elektrycznych i hybrydowych aut w USA i rozmawia o kooperacji z Volkswagenem.
Elektryczna rewolucja w motoryzacji faktycznie da efekty dopiero za wiele lat. - Trzeba pokolenia, by ujrzeć zmiany - mówiła Merkel, otwierając we wrześniu targi samochodowe we Frankfurcie. Międzynarodowa Agencja Energetyki prognozuje, że w 2030 r. tylko 40 proc. nowych aut na świecie będzie napędzał konwencjonalny silnik spalinowy, a reszta po równi będzie podzielona między samochody z napędem hybrydowym, hybrydy "z wtyczką" i auta elektryczne. Ale są też bardziej sceptyczni eksperci. - Rozwój rynku elektrycznych aut będzie ograniczony aż do 2030 r. i dopiero w 2050 r. będą stanowić jedną czwartą nowych aut sprzedawanych na świecie - mówił w listopadzie na konferencji w Brukseli Dudley Curtis ze stowarzyszenia Transport i Środowisko. Amerykańscy eksperci wskazują zaś, że rozwój motoryzacji na prąd, będzie wymagał w USA 120-200 mld dol. inwestycji w sieć stacji do ładowania takich pojazdów.