Biznes Ludzie Pieniądze

Skarbie, nie powtórz błędów z oferty PGE

Tomasz Prusek
22.11.2009 , aktualizacja: 22.11.2009 23:59
A A A Drukuj
Na ofercie publicznej PGE zarobili wszyscy z wyjątkiem rzeszy drobnych inwestorów, którzy kupowali akcje na kredyt i nabili kabzy bankierom. To błąd, którego nie wolno powtórzyć
Tomasz Prusek
Fot. Marcin Klaban / AG
Tomasz Prusek
Podczas debiutu na parkiecie Polskiej Grupy Energetycznej (PGE) słowo "sukces" odmieniano we wszystkich przypadkach. Promieniał minister skarbu Aleksander Grad, który częściowo sprywatyzował największego producenta prądu w Polsce, prezes PGE Tomasz Zadroga schował do kasy spółki 6 mld zł z emisji, a doradcy z UniCredit CAIB oraz Goldman Sachs zainkasowali za swoje usługi po 12 mln zł. Instytucje finansowe, którym przydzielono akcje PGE bez redukcji, miały 13 proc. czystego zysku na debiucie.

Na lodzie zostało tylko wielu z 60 tys. inwestorów detalicznych, którzy kupili akcje PGE na kredyt. Dzięki gigantycznym pożyczkom zamówili akcje za zawrotne 25,6 mld zł, a dostali za 900 mln zł. Banki zarobiły na kredytach minimum kilkadziesiąt milionów złotych. A drobni inwestorzy w najlepszym wypadku tyle, co kot napłakał. Tak niska przebitka ceny emisyjnej oznaczała bowiem, że cały lub prawie cały ich zysk poszedł na opłacenie bankowych prowizji i odsetek, bo z grubsza, aby wyszli na inwestycji na czysto, musieli zarobić 12-15 proc. I jak na razie giełdowa kariera PGE nie przebiega po ich myśli, bo akcje od debiutu potaniały.

Ortodoksyjny zwolennik wolnego rynku powiedziałby, że drobni inwestorzy są sami sobie winni, bo ulegli owczemu pędowi, brali bez umiaru kredyty, zaryzykowali i wyszli jak Zabłocki na mydle. A gdzie jak gdzie, ale na giełdzie nikt nikomu nie może zagwarantować zysku.

Trudno jednak drobnych akcjonariuszy PGE winić za to, że oferta publiczna została tak przygotowana przez ministra skarbu, spółkę i doradców, że stanowiła dla nich faktycznie finansową pułapkę, już na starcie redukując szanse na godziwy zarobek. Dlaczego?

Dla nabywców detalicznych przeznaczono niewiarygodnie małą pulę akcji - początkowo wartą ledwie 600 mln zł, później zwiększoną do 900 mln zł. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, aby wiedzieć, że przy tak małej puli kupowanie za własne pieniądze mija się z celem, bo gigantyczna nadsubskrypcja jest pewna - nomen omen - jak w banku. Przecież Polska jest fenomenem na skalę europejską pod względem zainteresowania indywidualnych inwestorów inwestowaniem w akcje - rachunków maklerskich mamy ponad 1,1 mln! A w poprzednich wielkich ofertach prywatyzacyjnych KGHM czy PKO BP udział brało z grubsza po 200 tys. inwestorów. Zatem kto potrafił liczyć, ten musiał iść po kredyt na PGE. Przy spodziewanej ogromnej redukcji zapisów był to jedyny sposób na zakup większej liczby akcji. Banki błyskawicznie wyczuły okazję do zarobienia i dawały pożyczki nawet do dziesięciokrotności wkładu własnego. Praktycznie nic nie ryzykując, inkasowały gigantyczne prowizje i odsetki.

Zainteresowanie PGE było murowane, bo jest spółką szczególną. Tak jak PKO BP, PGNiG i KGHM pochodzi ze stajni skarbu państwa. Inwestorzy doskonale pamiętają, że w akcje wielkich prywatyzowanych spółek warto inwestować, bo są perłami w koronie naszej gospodarki. Skutecznie przekonał ich do tego Jacek Socha, minister skarbu w rządzie Marka Belki, który preferował drobnych inwestorów w ofertach np. WSiP czy PKO BP. Dlatego przeznaczenie dla detalu zaledwie 10 proc. akcji PGE było fatalnym błędem.

Ktoś powie, że drobni mają "słabe ręce" i szybko pozbywają się akcji, a "mocne ręce" instytucji zapewniają stabilność akcjonariatu i dlatego do nich powinna być przede wszystkim adresowana oferta. Owszem, można wszystko było sprzedać na pniu bogatym funduszom, ale to "słabe ręce" drobnych inwestorów zbudowały siłę GPW i uczciwy udział w wielkich prywatyzacjach należy im się jak kość psu. Tego wszystkiego w ofercie PGE zabrakło, co wyrządza niepowetowane straty w postrzeganiu giełdy przez inwestorów indywidualnych.

Przed nami kolejne wielkie prywatyzacje: w pierwszej połowie 2010 r. na parkiet mają trafić papiery PZU i energetycznego Taurona. Apeluję do ministra skarbu, władz prywatyzowanych spółek i ich doradców, aby nie powtórzyli błędu popełnionego przy ofercie PGE i nie zlekceważyli znaczenia drobnych inwestorów!

Warto się zastanowić, w jaki sposób przygotować oferty, aby zakończyły się takim sukcesem jak chociażby prywatyzacja PKO BP. Nie trzeba przy tym wyważać otwartych drzwi, bo w blisko 20-letniej historii GPW mamy już przykłady wielkich ofert, w których indywidualni inwestorzy byli traktowani podmiotowo, a nie jak mięso armatnie dla banków.

Weźmy więc ofertę PKO BP. Drobni inwestorzy mieli nie tylko upust od ceny emisyjnej, ale także mogli otrzymać darmową akcję premiową za 20 przetrzymanych przez rok papierów. To był rodzaj premii za wierność akcjonariuszy. Premiowymi akcjami nagradzano też przy sprzedaży Banku Handlowego, PKN Orlen i Powszechnego Banku Kredytowego.

Na spodziewane gigantyczne redukcje zapisów też można zaradzić, czerpiąc wzory z przeszłości. W ofercie PKO BP były to lokaty prywatyzacyjne zamieniane później na akcje. Przy prywatyzacji KGHM inwestorzy indywidualni mogli złożyć zapis tylko na maksimum 300 akcji po preferencyjnej cenie, niższej od płaconej przez instytucje. Bardziej zasobni mogli zapisać się na więcej akcji po wyższej cenie. Efekt? Małych zleceń złożono 189 tys., a przeciętne opiewało na 225 akcji. Redukcja wyniosła jedynie 62 proc. Na debiucie KGHM drobni zarobili 24 proc., a "grube ryby" - 12 proc. I wszyscy byli zadowoleni. No, może poza bankami.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów