Czernecki w młodości marzył, by zajmować się fizyką jądrową. Studiował ją na Uniwersytecie Warszawskim. I być może byłby dziś znanym naukowcem, gdyby nie czasy, w których przyszło mu żyć. Chciał się zajmować fizyką, ale nie budową reaktorów atomowych albo bomb. W latach 60. w Polsce nie miał żadnych możliwości rozwoju. Mógł co najwyżej wyjechać do Związku Radzieckiego.
A tego nie chciał. - Kochałem fizykę, ale z bolącym sercem postanowiłem zająć się czymś innym - wspomina Czernecki.
Jako
pracownik naukowy Uniwersytetu Warszawskiego Czernecki wyjechał na stypendium naukowe do Austrii. Tam zaimponował szefowi amerykańskiej firmy Backman Instruments. Wytwarzała ona skomplikowaną aparaturę m.in. do laboratoriów biotechnicznych i fizycznych.
W 1973 r. firma zaproponowała mu
pracę na stanowisku szefa sprzedaży. Czernecki odpowiadał za sprzedaż aparatury Backmana na terenie Polski, a później także ówczesnego Związku Radzieckiego.
To było jak chwycić Pana Boga za nogi. Dzięki współpracy z Backmanem mógł jeździć do Stanów Zjednoczonych na szkolenia. To wtedy po raz pierwszy zainteresował się jednym z oddziałów Backmana zajmującym się produkcją sprzętu do analiz medycznych. - Zobaczyłem, czego brakuje na rynku "demoludów", czyli np. narzędzi do odmierzania cieczy. Laboratoria ich potrzebowały - mówi biznesmen.
Widząc rynkową niszę, Czernecki postanowił otworzyć własny biznes. Był rok 1981 r. Nie miał wystarczającego kapitału, ale namówił do współpracy rodzinę z Niemiec. Ona wyłożyła pieniądze na stworzenie Plastomedu. Spółka, która później zmieniła nazwę na High Tech Lab (HTL), wyspecjalizowała się w produkcji narzędzi do dokładnego dozowania cieczy, m.in. automatycznych mikropipet. Ponieważ Plastomed był jedynym ich producentem nie tylko w Polsce, ale i w całym bloku, zapotrzebowanie był ogromne.
Stan wojenny nie zmiótł Plastomedu z powierzchni ziemi, choć firma miała tylko kilka miesięcy. - Rząd Jaruzelskiego potrzebował dopływu dewiz i inwestycji - opowiada Czernecki. - Ale szybko przestaliśmy być kochanym dzieckiem naszych władz, a staliśmy się imperialistami, z którymi trzeba walczyć. Płaciliśmy ponad 80-procentowy podatek i cieszyliśmy się, że jeszcze nikt nas nie zamknął - dodaje Czernecki.
Firma przetrwała i zwiększała stopniowo produkcję. W 1981 r. miała obroty 10 tys. dolarów, dziesięć lat później - 10 mln. Na początku lat 90. Czernecki zaczął myśleć o rozszerzeniu produkcji o bardziej zaawansowany sprzęt. Skłoniła go do tego także wizyta na targach medycznych w Düsseldorfie, gdzie dowiedział się, że przewidywany jest wzrost popytu na nakłuwacze i lancety do pobierania krwi. Powód? Rozwijano badania krwi. Po powrocie do kraju biznesmen zaciągnął 3 mln dolarów kredytu i w 1994 r. opatentował technologię wytwarzania nakłuwaczy służących do pobierania próbek krwi.
Mogło się wydawać, że nakłuwacze pozwolą HTL-owi błyskawicznie piąć się w górę, zwłaszcza że firma znów wyprzedziła swój czas i nie miała na rynku zbyt silnej konkurencji, ale Czernecki nie miał powodów do radości. - Lata 90. to był czas rozkwitu korupcji w Polsce. Zaopatrzeniowiec w szpitalu musiał dostać "misia w teczce", bo inaczej nie chciał nawet rozmawiać o zamówieniu naszych produktów - wspomina biznesmen. Na terenie kraju HTL zatrudniał wtedy 25
sprzedawców. Każdy skarżył się na to samo: korupcję i łapówkarstwo.
Czernecki nie wytrzymał. Podjął kolejną odważną decyzję. - Zwinąłem sprzedaż w Polsce. Nie chciałem działać na takich zasadach - wspomina. Firma całą swoją produkcję zaczęła wysyłać na Zachód. Dzięki temu nie miała styczności z polską biurokracją, a kontrole przechodziła spokojnie.
Przez następne dziesięć lat firma dalej się rozwijała i nastąpił wzrost sprzedaży o prawie 100 proc.
W 2000 r. Czernecki postanowił otworzyć kolejną firmę. - Produkowaliśmy setki milionów nakłuwaczy. Zapotrzebowanie było ogromne. Chciałem oddzielić tę produkcję od bardzo precyzyjnej ręcznej produkcji mikropipet i na niej się skupić - wyjaśnia przedsiębiorca.
Tak powstała HTL-Strefa. Fabryka nakłuwaczy ruszyła w Ozorkowie w Łódzkiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej w 2000 r.
Cztery lata później HTL-Strefa rozpoczęła produkcję lancetów, czyli automatycznych, jednorazowych przyrządów do nakłuwania (używają ich m.in. cukrzycy, którzy muszą kilka razy dziennie mierzyć poziom cukru we krwi). Czernecki, który sporo jeździł po świecie, zauważył, że
cukrzyca staje się jedną z najbardziej powszechnych chorób cywilizacyjnych. A popyt na urządzenia do pobierania mikropróbek krwi będzie rósł lawinowo. - Liczba cukrzyków wciąż rośnie, i to w tempie nawet 10 proc. rocznie - mówi Czernecki.
Dziś produkcja HTL-Strefy w jednej czwartej składa się z urządzeń do pobierania mikropróbek krwi, by sprawdzać poziom cholesterolu, poziom krzepliwości krwi itd., a w trzech czwartych - do analizy poziomu cukru. W tym roku HTL-Strefa wyprodukuje ok. 1,5 mld takich nakłuwaczy. W ubiegłym roku przychody spółki przekroczyły 140 mln zł.
Kiedy Czernecki zakładał HTL-Strefę, firma miała 45 pracowników. Teraz - ponad 900. Spółka ma dwie zagraniczne spółki-córki: jedną w Atlancie w
USA i drugą w Niemczech. Dwa lata temu HTL-Strefa przejęła dużego szwedzkiego konkurenta z branży - spółkę HaeMedic. Od tego czasu udział HTL-Strefy w światowej produkcji nakłuwaczy wynosi ponad 50 proc.
Sam Czernecki znalazł się na liście 100 najbogatszych Polaków. Wciąż jest prezesem firmy, ale funkcję będzie pełnić jeszcze przez niecały miesiąc. Sprzedał swoje udziały w spółce funduszowi EQT za 210 mln euro. Po odejściu ze stanowiska szefa firmy Czernecki będzie honorowym przewodniczącym jej rady nadzorczej. - Chcę już odpocząć - tłumaczy Czernecki. I już planuje fundusz stypendialny dla uzdolnionej młodzieży ze wsi.