Biznes Ludzie Pieniądze

Polacy dobrzy na kryzys? Tu nikt nie czekał na mannę z nieba

Mateusz Morawiecki, prezes BZ WBK
25.11.2009 , aktualizacja: 25.11.2009 11:43
A A A Drukuj
Wszystkie dane wskazują na to, że nasza gospodarka opiera się recesji skuteczniej nie tylko od zachodnioeuropejskich, ale i tych z naszej części kontynentu, mających za sobą podobny okres transformacji. Komu powinniśmy zawdzięczać ten fenomen budzący zdumienie i podziw nawet tam, gdzie dotąd spodziewać się mogliśmy raczej lekceważenia? Odpowiedź brzmi: prawdopodobnie sobie samym.
Mateusz Morawiecki
Mateusz Morawiecki
ZOBACZ TAKŻE
Kiedy dwadzieścia lat temu runął system komunistyczny, wyzwalające się kraje nie znajdowały się w tym samym punkcie startu. Węgry miały kilka nieźle prosperujących branż, takich jak np. farmaceutyka, a powszechny nad Dunajem system ajencyjny dużą część społeczeństwa od lat przyzwyczajał do pracy na własny rachunek. Rumunia robiła wrażenie rozłożonej na łopatki, ale zanim jej komunistyczny przywódca został rozstrzelany przez swoich własnych towarzyszy, zdołał spłacić wszystkie długi swojego kraju. Czechosłowacja była cieniem tej z lat międzywojennych, lecz jej potężnej niegdyś gospodarki nie zdołał do końca unicestwić nawet ustrój mający podobno wyznaczać kierunek rozwoju ludzkości. Bułgaria ciągle zasilana była złotą żyłą zagranicznych turystów, a byłe NRD niemal utonęło w funduszach na tysiąc sposobów pompowanych z najzasobniejszego państwa Europy.

Polska na tle innych krajów byłego obozu miała gospodarkę w stanie wyjątkowo złym. Przedsiębiorczość prywatna w dużej mierze składała się ze spółek wczesnonomenklaturowych oraz miniaturowych firemek. Rynkowe doświadczenie tych drugich polegało głównie na walce o przetrwanie we wrogim im socjalistycznym świecie oraz funkcjonowaniu w rzeczywistości permanentnych niedoborów. Mieliśmy co prawda indywidualne rolnictwo, lecz składające się głównie z gospodarstw karłowatych, niedoinwestowanych, zapóźnionych, niezdolnych do konkurowania z zachodnimi. Obrazu dopełniały inflacja, zadłużenie i to, co właścicieli PRL-u ostatecznie popchnęło do pospiesznego podzielenia się odpowiedzialnością z opozycją - postępujący rozkład kolejnych fabryk.

Przed wielkimi kombinatami, powstałymi nie tyle z ekonomicznej potrzeby, ile dla ziszczenia snów brodatych filozofów, coraz jaskrawiej rysowała się wizja dekapitalizacji. W przemysłowych molochach jeszcze tętniła praca, lecz ich oderwanie od naturalnego rytmu popytu i podaży skutkowało brakiem środków na elementarną amortyzację. Pod koniec lat 80. niewydolny system ostatecznie się zacierał, tak jak archaiczna tokarka w fabryce, której nie stać na wymianę parku maszynowego.

Jednym z owoców trudu transformacji ekonomicznej jest dziś nasza większa odporność na kryzys. Nad Wisłą nikt bowiem nie czekał na mannę z nieba. Już w pierwszych latach wolnego rynku zarejestrowały swą działalność dwa miliony firm. Ich kapitał był materialnie żaden. Często ograniczał się do kilku toreb, składanego stolika, polowego łóżka. Lecz właściciele tego dobytku dzień w dzień od rana do nocy uwijali się, poszukując hurtowników z najlepszą ofertą, wynajdując teren działalności, na którym nie byłoby silnej konkurencji, szukając dróg zbytu i nisz rynkowych. Po jakimś czasie z odkładanych zysków zamieniali łóżko na straganik typu "szczęki", potem na kiosk albo mały sklepik. Podobną drogą podążali twórcy tego, co dziś nazywamy sektorem gastronomicznym. Często zaczynali od grilla, przy którym sprzedawali kiełbaski. Z uzyskanego dochodu powstawały bary na przydrożnych parkingach, małe knajpki w wioskach i miastach. Nie brakowało i robotników budowlanych, którzy uparli się, by z zaoszczędzonych pieniędzy kupić betoniarkę, wiertarkę i trochę narzędzi, założyć małą firmę

Jak Polska długa i szeroka ludzie brali sprawy w swoje ręce, zakładali firmy jednoosobowe, rodzinne lub - rzadziej - niewielkie spółki. Mało kto miał większe pieniądze, nikomu za to nie brakowało pracowitości, uporu, wiary w sukces. Każdy zdawał sobie sprawę z tego, że liczyć może tylko na siebie. Był zysk czy go nie było - stałe koszty trzeba było ponosić. Jednym się udawało lepiej, innym gorzej. Niejeden interes upadał, lecz jego właściciel w pocie czoła dźwigał kolejny. Często była to droga przez mękę, ale to ona sprawiła, że nasza gospodarka potrafi dziś szybko dostosowywać się do warunków. Zanim nasi menedżerowie uznają się za pokonanych, sięgną do ogromnego katalogu doświadczeń, które pozwoliły im przetrwać w dużo gorszych czasach.

Gospodarka nasza składa się też w głównej mierze z podmiotów niewielkich, elastycznych, efektywnie zarządzających kosztami. Duża ich część to firmy jednoosobowe, rodzinne, mające świadomość, że za długi odpowiadają prywatnym majątkiem właścicieli. Konstrukcja taka powstrzymywała naszych przedsiębiorców przed tym, co w innych krajach przynosi dziś tak fatalne żniwo - nadmiernym ukredytowieniem i przeinwestowaniem. Praca na własny rachunek w kraju dopiero wychodzącym z socjalizmu nie pozostawiała wątpliwości, że obowiązują reguły twarde, a nawet bezwzględne. Państwo wsparcia nie udzielało żadnego, a często - wręcz przeciwnie. Duża część urzędników przez kolejne już dziesięciolecie nie potrafi bowiem pojąć, że żyje dzięki podatnikom. Takim jak te tysiące zmagających się z całym mnóstwem problemów nieraz oznaczających konieczność ponoszenia strat, wkładania wyjątkowo dużego wysiłku, radykalnych oszczędności czy przebranżowienie. Powiedzmy sobie szczerze, że od 1989 r. nie doczekaliśmy się przyzwoitego traktowania rodzimej przedsiębiorczości. Jej sytuacja jest dziś pod wieloma względami nawet gorsza niż przed dwudziestu laty. Rzucaniu prawnych i urzędniczych kłód pod jej nogi ciągle nie widać końca. Miejmy nadzieję, że cenne inicjatywy parlamentarzystów mające uczynić nasze państwo bardziej przyjaznym wreszcie osiągną swój cel.

Zarówno warunki życia, jak i prowadzenia działalności gospodarczej ciągle są w Polsce trudniejsze niż na Zachodzie, a jednak we własnej przedsiębiorczości trwają miliony Polaków w jeszcze większym stopniu zahartowanych na różne uciążliwości i coraz bardziej zdolnych do ich pokonywania. Zwróćmy też uwagę na te setki tysięcy nastolatków w soboty, a często i w tygodniu po lekcjach zarabiających swoje kieszonkowe w sklepikach, warsztatach, restauracjach. Czasem pomagają rodzicom, częściej sami szukają zatrudnienia i dbają o swoje miejsca pracy. Te wszystkie ulotki, które wyjmujemy ze skrzynek pocztowych, dostarczają nam dzieciaki często nawet nie trzynastoletnie, które też wiedzą, że samo nic im z nieba nie spadnie.

W jakiejś mierze kryzys jest wynikiem nadmiernej konsumpcji, nieliczącej się z możliwościami, nieopartej na ekonomicznych realiach. Nasze społeczeństwo w zdecydowanej większości nie uległo jednak pokusie życia na kredyt. Młodsze pokolenia mieszkańców Zachodu to w dużej mierze ludzie wyrośli w realiach powszechnego dobrobytu, nieznający gorszych warunków życia, nieskłonni do wyrzeczeń. Wszystkie razem wzięte ekonomiczne trudności, jakich w swoim życiu zaznali, są śmiechu warte dla każdego, kto żył kiedyś w PRL-u, a na dokładkę poniósł koszty przeobrażania gospodarki księżycowej w opartą na zdrowym rozsądku. Jak ktoś przetrwał prawdziwą zarazę - nawet najcięższego przeziębienia w ogóle nie będzie uważał za chorobę. Jeśli bowiem ten kryzys jest straszny, to jak nazwać całe czterdziestopięciolecie PRL-u?

Autor jest prezesem banku BZ WBK

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów