Gdy w naszą gospodarkę uderzył kryzys finansowy, cios trafił głównie w przedsiębiorstwa, zwłaszcza te eksportujące. Załamała się sprzedaż, produkcja, eksport i
import, firmy przestały zatrudniać nowych pracowników. Dziś przedsiębiorcy są zdania, że najgorsze za nimi, powoli zaczynają odbudowywać produkcję, zbierają coraz więcej zamówień krajowych i eksportowych, z optymizmem zaczynają patrzeć w przyszłość.
Niestety, wciąż jeszcze firmy nie są na tyle odważne, by inwestować w nowe fabryki,
maszyny, technologie. Według ogłoszonych wczoraj danych GUS inwestycje firm zatrudniających przynajmniej 50 osób za okres od stycznia do końca września spadły o 9,4 proc. w porównaniu z tym samym okresem 2008 roku. Najbardziej spadły inwestycje w tabor samochodowy - o prawie 40 proc. W maszyny - o 10,5 proc. To kiepsko rokuje inwestycjom w całej gospodarce i ostatecznie wzrostowi
PKB w III kwartale.
A dopóki nie ruszą inwestycje i zatrudnienie, dopóty zwykły Kowalski nie poczuje ożywienia na własnej skórze. Na razie pracy jest mniej, a pensje rosną wolniej od cen. Na koniec października w pośredniakach zarejestrowanych było 1,74 mln osób, przez miesiąc przybyło ich więc 28,5 tys. Stopa bezrobocia zwiększyła się z 10,9 do 11,1 proc.. Ekonomiści szacują, że do końca tego roku może wynieść 12-12,5 proc., a w przyszłym nawet 13,5 proc. - Szczyt będzie w pierwszym kwartale 2010 roku, a więc na wydatkach konsumpcyjnych Polaków będzie się to odbijać pewnie do końca pierwszej połowy 2010 roku - uważa Jacek Wiśniewski, główny ekonomista Raiffeisen Banku.
GUS podał też stopę bezrobocia liczoną według reguł unijnych, według których bezrobotnym nie jest ten, kto pracuje na czarno ani ten, kto pracy nie chce podjąć. Tak liczone
bezrobocie na koniec września wyniosło 8,1 proc.
Według danych GUS na koniec października wynika, że ponad 500 zakładów pracy zadeklarowało zwolnienie w najbliższym czasie 38 tys. pracowników. Rok temu te liczby były o ponad połowę niższe.
Co gorsza, za zarobione pieniądze kupić można mniej niż przed rokiem, bo wzrost średniej pensji jest zjadany przez inflację. Przyhamowaliśmy więc z zakupami. W październiku dynamika sprzedaży znów była niższa od oczekiwań - wyniosła 2,1 proc. (oczekiwano przynajmniej 3 proc.).
W porównaniu z październikiem 2008 r. sprzedaż aut spadła o 3 proc., mebli, sprzętu AGD i RTV o 9,2 proc. - To świadczy o wyhamowaniu popytu na dobra trwałego użytku, co związane jest ze słabą sytuacją na rynku pracy - komentuje Wojciech Matysiak, analityk Pekao SA.
Sprzedaż lekarstw i kosmetyków rośnie w mniej więcej stabilnym tempie kilkunastu procent rocznie. Żywności - o prawie 10 proc. Zaskakuje za to wzrost o jedną czwartą odzieży i obuwia.
Jacek Wiśniewski uważa, że
sprzedaż detaliczna przestaje być zmienna i się stabilizuje. - Ludzie nie boją się już tak o przyszłość jak kilka miesięcy temu - wyjaśnia. - Konsumenci w Polsce nieźle się trzymają - dodaje Lars Christensen, ekonomista Danske Banku.
Ekonomiści są zdania, że to dane neutralne z punktu widzenia Rady Polityki Pieniężnej, która w środę zakończyła przedostatnie spotkanie w obecnym składzie. Stóp nie zmieniono i tak zdaniem ekspertów pozostanie przynajmniej do połowy przyszłego roku.