Unia Europejska chciała, aby najwięksi truciciele zadeklarowali na konferencji kopenhaskiej ONZ znaczne redukcje emisji gazów cieplarnianych do 2020 r. Choć
Chiny i
USA zapowiedziały niedawno, że nie są gotowe podpisać wiążących prawnie zobowiązań w Kopenhadze, to przyjazd Obamy i obietnica amerykańskich redukcji mogą sprawić, że konferencja nie okaże się zupełnym fiaskiem.
Prezydent USA nie może dać prawnych gwarancji redukcji w Kopenhadze, bo amerykański Senat będzie głosował nad odpowiednimi przepisami dopiero wiosną 2010 r. Wynik nie jest pewny, bo zarówno Demokraci, jak i Republikanie, głównie ze stanów rolniczych, boją się reakcji swego elektoratu. Amerykańskie rolnictwo emituje bardzo dużo CO2, a średni poziom emisji (na mieszkańca) w USA jest dwa razy wyższy niż w UE.
Jednak nawet czysto polityczne (a nie prawne) zobowiązanie Obamy do walki z globalnym ociepleniem w Kopenhadze może otworzyć drogę do konkretnego porozumienia na kolejnej konferencji klimatycznej - w Meksyku w 2010 r. UE już teraz zamierza zredukować swoją emisję CO2 o 20 proc. do 2020 r. (w porównaniu z ok. 1990 r.) i jest gotowa dojść nawet do 30 proc., jeśli inne kraje rozwinięte zobowiążą się do dużych redukcji.
Zapowiedź zmniejszenia emisji przez USA o 17 proc. do 2020 r. (w porównaniu z 2005 r.) to znacznie mniej, niż chce zrobić Europa, ale i tak byłby to pierwszy konkret ze strony Białego Domu. Za czasów prezydentury George'a W. Busha Amerykanie sabotowali światowe porozumienia o walce z globalnym ociepleniem, a niektóre agendy rządowe USA - zdaniem wielu międzynarodowych organizacji ekologicznych - dopuszczały się nawet cenzurowania danych naukowych dowodzących tego procesu.