Biznes Ludzie Pieniądze

Obama leczy chory system

Andrzej Lubowski
30.11.2009 , aktualizacja: 29.11.2009 19:58
A A A Drukuj
W USA umiera 45 tysięcy ludzi rocznie, bo nie mają dostępu do lekarza. Prawdopodobieństwo, że Amerykanka umrze w trakcie porodu jest 11 razy wyższe niż w przypadku Irlandki. Służba zdrowia USA to bomba tykająca od wielu lat. Jeszcze nikt nie znalazł sposobu, aby ją rozbroić
Przeciwnicy reformy zdrowia według pomysłu Obamy przyczepili aktualnemu prezydentowi USA łatkę komunisty. Na zdjęciu demonstracja w Waszyngtonie 5 listopada br.
Przeciwnicy reformy zdrowia według pomysłu Obamy przyczepili aktualnemu prezydentowi USA łatkę komunisty. Na zdjęciu demonstracja w Waszyngtonie 5 listopada br.
Reforma tego sektora od początku kampanii Obamy była na topie jego listy spraw do załatwienia. Nauczony doświadczeniami Clintonów Obama nie przedstawił własnego planu, ale postawił Kongresowi dwa zadania: zapewnić powszechny dostęp do świadczeń i zmniejszyć cenę, jaką kraj płaci za opiekę zdrowotną. To reforma i najważniejsza, i najtrudniejsza. Dlaczego?

Ameryka wydaje na służbę zdrowia 17 proc. swego PKB - 2,3 biliona dolarów rocznie, czyli cztery razy tyle co PKB Polski. Ponad 47 milionów obywateli nie ma żadnego ubezpieczenia, a koszty rosną w tempie znacznie wyższym od inflacji.

Debata wokół reformy toczy się w mgle mitów. Mit podstawowy to wiara w to, że od innych niczego się nauczyć nie można, bo amerykańska medycyna jest najlepsza, wszędzie indziej czeka się miesiącami na operację, i że w innych krajach to rząd, a nie pacjent i lekarz decydują, co leczyć i jak. Po co więc cokolwiek reformować. Przy okazji Obamie przypina się etykietkę socjalisty, choć akurat "socjalistyczne" systemy opieki zdrowotnej w Kanadzie, Wlk. Brytanii czy Francji wedle międzynarodowych statystyk działają lepiej niż amerykański.

Niektóre ośrodki medyczne w USA rzeczywiście nie mają sobie równych w świecie. Ale pod względem długości życia Stany plasują się na 31. miejscu w świecie, a pod względem umieralności niemowląt - na 37. miejscu. Prawdopodobieństwo, że Amerykanka umrze w trakcie porodu jest 11 razy większe niż w przypadku Irlandki. Według danych Uniwersytetu Harvarda rocznie 45 tysięcy ludzi umiera w USA, bo nie mają dostępu do lekarza. Przeciwnicy reform zdrowia twierdzą, że te nieprzyjemne statystyki to rezultat powszechnej w Stanach otyłości oraz znacznego zróżnicowania rasowego i dochodowego. Ale prawdą jest też to, że Amerykanie palą mniej i są młodsi niż Europejczycy, co powinno im statystyki poprawić. Z raportu McKinseya wynika, że Amerykanie biorą średnio o 10 proc. mniej pigułek niż obywatele innych krajów, ale płacą średnio o 118 procent więcej za pigułkę. Każdego roku około 700 tys. amerykańskich gospodarstw domowych bankrutuje z powodu kosztów leczenia. Gdyby obecny trend miał się utrzymać, to za dziesięć lat połowa amerykańskich rodzin musiałaby wydać ponad połowę swych dochodów na ochronę zdrowia.

Korespondent "Washington Post" T.R. Reid własną kontuzję barku, która utrudnia mu grę w golfa, przedstawił do oceny lekarzom w różnych krajach. Jego ortopeda w Kolorado bez wahania zarekomendował wymianę części stawu ramienia. Miało to kosztować kilkadziesiąt tysięcy dolarów, i nie wiadomo, ile z tego pokryłoby ubezpieczenie, jeśli cokolwiek. Ryzyko, poza finansowym, takie jak przy każdym poważnym zabiegu chirurgicznym.

We Francji ortopeda zalecił fizykoterapię (opłata własna za konsultację - 10 dol.). Jeśli pacjent skłania się ku operacji, sugerował zasięgnąć drugiej opinii i poinformował, że zabieg byłby w całości pokryty przez ubezpieczenie. Czas oczekiwania na operację - około miesiąca. W Niemczech zaoferowano zabieg w następnym tygodniu, a całkowity koszt dla pacjenta - blisko 30 dol. W Londynie usłyszał, że da się z tym żyć, i że w Wielkiej Brytanii takiej kontuzji nie leczy się operacyjnie w ramach powszechnego systemu opieki zdrowotnej. Jeśli zaś golf jest dla niego tak ważny, to sam może zapłacić za zabieg. W Japonii, największa sława w ortopedii - Reid czekał na wizytę jeden dzień - przedstawiła cała gamę opcji, od zastrzyków po operację, wszystko pokrywane przez ubezpieczenie. W szpitalu w Indiach kuracja składała się z medytacji, specjalnej diety i masażu. Wszystko z kieszeni pacjenta. W sumie kosztowało to niecałe 43 dolary, łącznie z nocą w klinice. "Nie wiem, jak się stało, pisze Reid, ale bardzo mi to pomogło". Chodzi rzecz jasna nie o różnice w metodach ortopedii, ale o podejście do wyzwania.

Reformować tak trudno dlatego, że status quo to dla wielu gigantyczna żyła złota. Większa niż w przeszłości. We wczesnych latach 70. prezydent Richard Nixon zaproponował reformę podobną do tej, o którą zabiega Obama, a nawet bardziej szczodrą. Dlaczego więc coś, co było politycznie strawne wówczas, dziś napotyka na takie opory? Różnica leży w sile firm ubezpieczeniowych, które wolą ubezpieczać ludzi zdrowych, a odrzucać chorych, a gdy zdrowi zachorują, szukać sposobu, aby za leczenie nie płacić, a stawki podwyższać. W 1970 roku suma polis ubezpieczeń na zdrowie stanowiła 1,5 proc. amerykańskiego PKB, co przekładało się na około 15 miliardów dolarów. Dziś stanowi 5,5 proc. PKB i wynosi blisko 800 miliardów. Za drobny ułamek przychodów sektor ubezpieczeń funduje sobie wielkie wpływy polityczne w obu partiach. Najstarszy stażem członek Izby Reprezentantów John Dingell podał ostatnio, że sektor ubezpieczeń wydaje dziennie na lobbing 1,4 mln dol., czyli około pół miliarda dolarów rocznie. W masowych demonstracjach przeciwko reformie nie ma nic spontanicznego. Są one organizowane przez aparat Partii Republikańskiej przy wsparciu lobby ubezpieczeniowego i medycznego. Chodzi o to, by niczego nie zmieniać, a przy okazji pozbawić prezydenta kapitału politycznego i sparaliżować jego wysiłki. Republikański senator Jim DeMint w czasie telekonferencji dla 20 tysięcy aktywistów partyjnych w sierpniu tego roku powiedział: "Jeśli zdołamy go (prezydenta) w tym (reformie służby zdrowia) powstrzymać, ta administracja nie będzie w stanie nic zrobić w kwestii klimatu, handlu, kart płatniczych i innych spraw, które chcą załatwić". Scenariusz batalii używa prostego języka: "Nazwijmy to próbą przejęcia systemu opieki zdrowotnej przez Waszyngton - to pachnie dyktaturą i utratą wolności". Z badań opinii publicznej wynika, że jedna trzecia Amerykanów najbardziej boi się tego, że biurokraci w Waszyngtonie będą decydować, komu dać lekarstwo, a komu go odmówić. Betsy McCaughey, była wicegubernator stanu Nowy Jork, poszła jeszcze dalej i wymyśliła "panele śmierci" - opowieść o tym, że prezydent chce stworzyć grupy urzędników, którzy będą decydować, czy skrócić życie rodzicom emerytom. W awangardzie wrogów reform stoi organizacja o nazwie Conservatives for Patients' Rights. Jej założyciel Rick Scott to były szef Columbia/HCA, największego konglomeratu szpitali na świecie. Stracił pracę, gdy firmę przyłapano na gigantycznych fałszerstwach rachunków za leczenie emerytów, na szkodę podatnika. Firma przyznała się do winy i zapłaciła rekordowe kary w wysokości 1,7 mld dol.

Firmy ubezpieczeniowe i farmaceutyczne radzą sobie świetnie, niezależnie od kondycji gospodarki. W ubiegłym, kryzysowym roku łączne zyski 500 największych firm w Ameryce spadły do 99 miliardów dolarów z 446 miliardów pięć lat wcześniej. W tym czasie zyski w sektorze zdrowia wzrosły z 47 do 69 miliardów. Przychody United Health Group i Cardinal Health były w 2008 r. wyższe niż wpływy takich firm jak Dell, Boeing czy Coca-Cola.

Lekarze w Ameryce zarabiają bardzo dobrze, choć twierdzą, że żyje im się gorzej niż 20 lat temu, bo podskoczyły koszty ich własnych ubezpieczeń, i tak często rzeczywiście się dzieje. Ale to sposób ich wynagradzania bardziej niż wysokość zarobków winduje koszty. Płaci im się nie od porady, ale od zabiegu lub specjalistycznego badania. Więc zlecają, ile wlezie drogich testów, często na wyrost, a tych, którzy operują, aż ręka świerzbi, bo krajanie jest najbardziej lukratywne. Lekarzowi nie płaci się natomiast za to, aby zalecił pacjentowi spacery i dietę, choć może to być lepsza kuracja niż kolejne prochy czy skalpel. Brytyjscy radiolodzy na przykład zazdroszczą amerykańskim kolegom wyposażenia, jednocześnie twierdząc, że Ameryka nadużywa aparatury diagnostycznej, często dokonując drogich badań o niskich lub żadnych korzyściach dla pacjentów.

Firmy farmaceutyczne wydają miliardy dolarów na reklamę telewizyjną, a pacjenci domagają się cudownych lekarstw, które widzą w telewizji. Połowa całości nakładów na reklamę przypada na około 50 leków - najnowszych i najdroższych. Bywa że lekarze, zwłaszcza młodzi, nie znają nawet leków starych, których skuteczność często nie ustępuje nowym. Amerykanie wydają na leki 300 miliardów rocznie. Kilka miesięcy temu przemysł farmaceutyczny wykonał ukłon w stronę Białego Domu, i obiecał przez najbliższe dziesięć lat ciąć koszty leków o 8 mld rocznie. Jak jednak doniósł "New York Times" 16 listopada w ostatnich miesiącach producenci leków ostro podnoszą ceny. Chcą wystartować z wyższego pułapu.

Przymiarki do reform koncentrują się na poprawie dostępu do ubezpieczeń i zmniejszeniu kosztów administracji systemu, bo jest on wyjątkowo biurokratyczny i marnotrawny - pochłania ponad 20 procent całości kosztów ubezpieczenia, wobec 5 proc. we Francji i 6 proc. w Kanadzie. Największe kontrowersje budzi tzw. opcja publiczna, czyli ubezpieczenie rządowe. Nie ma jasności, jak dokładnie taka opcja miałaby wyglądać, poza tym, że chodzi o rozwiązanie, które pozwoli negocjować stawki zarówno ze szpitalami, jak i firmami farmaceutycznymi, i tworzyć tym samym konkurencję dla ubezpieczycieli prywatnych. Jedni mają na myśli system pokrewny Medicare (rządowy program opieki zdrowotnej dla emerytów), inni kooperatywy lekarskie nienastawione na zysk. W histerycznych debatach gubi się natomiast to, że byłaby to tylko jedna z opcji, i każdy, kto jest dziś zadowolony ze swego ubezpieczenia, może je zachować.

Zwiększenie dostępu do ubezpieczeń zdrowotnych kosztuje. Po to, aby reforma nie powiększyła i tak gigantycznego deficytu, wersja przyjęta znikomą większością głosów przez Izbę Reprezentantów przewiduje dodatkowy 5,5-proc. podatek od dochodów powyżej 1 mln dol. na rodzinę lub powyżej 500 tys. dol. dla podatnika indywidualnego.

Na tym skomplikowanym interesie zbyt wielu zarabia zbyt wiele, aby zmiany przeszły łatwo przez obie izby Kongresu. Najbardziej prawdopodobny scenariusz wygląda z grubsza tak: więcej Amerykanów, może dodatkowe 30 milionów, zyska dostęp do ubezpieczenia. Firmom ubezpieczeniowym trudniej niż dziś będzie dyskryminować ludzi chorych. Ciężar kosztów zmniejszy się nieznacznie. W sumie Obama osiągnie więcej niż jego poprzednicy, ale daleko mniej, niż zamierzał. Potężne lobby będą z powodzeniem bronić się przed zmianami rewolucyjnymi. Jeśli jednak Ameryka nie zreformuje systemu znacznie głębiej, to niezależnie od tego, ile stworzy nowych wspaniałych firm technologicznych, takich jak Microsoft, Intel, Hewlett Packard, Apple czy Google, ugnie się pod ciężarem zdrowia.

McKinsey Global Institute porównał system opieki zdrowotnej w USA z systemem w 13 krajach OECD (Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju). Grupa objęła Austrię, Czechy, Danię, Finlandię, Francję, Hiszpanię, Islandię, Kanadę, Niemcy, Polskę, Koreę Południową, Portugalię i Szwajcarię.

Podstawowe konkluzje raportu:

W 2006 roku USA wydały na zdrowie prawie 650 miliardów dolarów więcej niż "powinny", biorąc za punkt wyjścia kraje OECD i uwzględniając różnice w zamożności.

Stan zdrowia Amerykanów nie uzasadnia tych wyższych kosztów.

Dwie trzecie tej "nieusprawiedliwionej nadwyżki" wynika z kosztów wizyt lekarskich i ambulatoryjnych porad szpitalnych (bez pozostania w szpitalu na noc). 15 proc. to efekt wyższych cen leków, zaś 14 proc. - nadmiernych kosztów administracyjnych.

Raport pokazuje także, iż: pod wieloma względami, zwłaszcza badań i technologii medycznych, USA nie mają sobie równych. Pięć czołowych szpitali amerykańskich przeprowadza więcej testów klinicznych niż jakikolwiek inny kraj. Nowe leki pojawiają się w Stanach zwykle dwa lata wcześniej niż gdzie indziej. Ale jednocześnie, pod względem oczekiwanej długości życia USA (77,9 lat) ustępują wielu krajom. Umieralność noworodków (6,9 na 100 żywych urodzeń) jest wyższa niż średnia dla OECD (5,4) i w Polsce (6,4).

Wydatki na służbę zdrowia na głowę znacznie przewyższają w USA wydatki w OECD. W 2006 roku wyniosły 6,8 tys. dol. W Austrii, Danii, Francji, Kanadzie i Niemczech wyniosły 3,5-4 tys. dol. W Polsce najmniej z 13 badanych krajów - około 1 tys. dol.

Lekarze amerykańscy zarabiają znacznie lepiej niż ich koledzy w innych krajach. Zarobek lekarza specjalisty w USA jest 6,5 razy wyższy niż średni krajowy dochód na głowę, podczas gdy w OECD jest średnio 3,9 razy wyższy.

W USA pacjenci rzadziej i krócej leżą w szpitalu. Na tysiąc Amerykanów przypada rocznie 675 dni w szpitalu, podczas gdy w OECD - 1191.

Leczenie szpitalne jest bowiem w USA bardzo drogie. Dzień kosztuje 2271 dol., w OECD średnio 864 dol. W Polsce wynosi 220 dolarów.

Ceny lekarstw są w Stanach o 50 proc. wyższe niż w piątce bogatych krajów Unii (Wlk. Brytania, Francja, Niemcy, Włochy, Hiszpania). Wyższe zużycie najdroższych leków potęguje tę różnicę. W rezultacie, średni koszt zażywanej pigułki jest w USA o 118 proc. wyższy niż w unijnej piątce.

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    17 głosów