45-letni dziś Kwiatkowski, przez kolegów nazywanych Kwiatkiem, pod ziemią przepracował 19 lat. Od 2004 r. jest zawodowo związkowcem - wiceprzewodniczącym komisji zakładowej Związku Zawodowego Pracowników Dołowych w KGHM. Pogodny, otwarty, sympatyczny, lubiany przez kolegów. Podkreśla, że w wojsku, w czerwonych beretach, nauczył się, że o swoje trzeba walczyć konsekwentnie, ale zgodnie z przepisami. Mówić to, co się myśli, i nie bać się.
Kilka kilo nadwagi W maju 2007 r. walne zgromadzenie akcjonariuszy KGHM postanowiło na wniosek ministra skarbu (ma blisko 42 proc. akcji) przeznaczyć cały zysk spółki wypracowany w poprzednim roku na dywidendę. Kombinat miał oddać 3,4 mld zł. Zaprotestowały wszystkie związki zawodowe w KGHM. Związek Zawodowy Pracowników Dołowych uważał, że to okradanie spółki z pieniędzy na rozwój czy wymianę maszyn. W czerwcu okazało się, że minister skarbu zawyżył dywidendę i trzeba będzie skorygować uchwałę o wypłacie zysku, "Dołowi" postanowili odwieść ministra od pomysłu zabierania zysku z KGHM.
Stwierdzili, że najlepiej będzie, jeżeli któryś z nich podejmie akcję głodową pod ziemią. To nie narazi firmy na wielkie straty, innych górników na ewentualne szykany, a będzie widoczne.
- Zaproponowałem siebie - mówi Kwiatkowski. - Miałem kilka kilo nadwagi, dwoje
dzieci, których byłem jedynym żywicielem, chroni mnie prawo związkowe.
Koledzy zgodzili się. Akcję trzymał w tajemnicy, nawet przed żoną. Poinformował ją mailem: "Kochanie, rozpoczynam akcję protestacyjną, prawdopodobnie wrócę w następny poniedziałek".
3 lipca 2007 r. Kwiatek pod pretekstem kontroli warunków
pracy zjechał prawie 1000 m pod ziemię. Zawiadomił władze, że nie wyjedzie, bo protestuje.
Dyrektor kopalni uznał, że musi mu zapewnić bezpieczeństwo. Posłał więc na dół górników ratowników. Tydzień siedzieli pod ziemią z Kwiatkiem, który nic nie jadł, pił tylko soki i płyny izotoniczne. Mierzyli mu ciśnienie kilka razy dziennie. Nad jego zdrowiem czuwał też lekarz.
Rachunek za ratowników Protest nie powiódł się - minister i akcjonariusze zabrali kombinatowi cały zysk.
KGHM wystawił Kwiatkowi rachunek za towarzystwo ratowników - 26 953,41 zł.
Górnik potraktował to jako karę za protest. Postanowił nie płacić. Sprawa trafiła do Sądu Rejonowego w Lubinie. Ten wiosną zeszłego roku nakazał Kwiatkowi zapłacić, uznając, że była to jego samowolna akcja, nie związku. "Dołowi" próbowali przekonać sąd, że to była akcja związkowa.
- Ale mój prawnik nie wpłacił 30 zł opłaty za wniesienie apelacji - mówi Dariusz Kwiatkowski. - Sąd powiadomił nas o tym dopiero, gdy minął termin złożenia odwołania.
Kilka miesięcy Kwiatek i jego związek walczyli jeszcze o zmianę terminu złożenia apelacji, ale bez skutku. W maju wyrok się uprawomocnił.
W październiku Kwiatek dostał z kombinatu rachunek na 37 094,41 zł. Kwota żądana przez kombinat wzrosła o koszty sądowe i odsetki.
- Na szczęście dyrekcja zgodziła się rozłożyć spłatę na dwanaście rat - mówi Kwiatek.
Pierwszą ratę zapłacił z oszczędności. - Dla mnie 3 tys. zł to prawie cała miesięczna
pensja - tłumaczy. - Zarabiam niecałe 4 tys. zł netto. Nieprawdą jest, że wszyscy związkowcy z KGHM zarabiają kilkadziesiąt tysięcy, jak piszą media. Zarabiamy tyle, ile dostawaliśmy na poprzednim etacie (czyli ja jako górnik strzałowy), ale bez dodatków z tytułu pracy pod ziemią.
Żonę Beatę uspokaja, że koledzy nie pozwolą im zginąć z głodu. - Sami mnie zaczepiają, jak mi mogą pomóc, ale nie chcemy robić nic niezgodnie z prawem, więc na razie tylko im grzecznie dziękuję i żyjemy z oszczędności.
Choć ma świadomość, że nie na długo im starczą. Żona nie pracuje. Zajmuje się domem, 18-letnim Maćkiem i 10-letnią Kasią.