Rząd ma rację, że nadmierną ekspansję automatów należało powstrzymać, ale sposób, w jaki przepchnięto ustawę hazardową przez Sejm, przypomina bardziej uchwalanie prawa przez wiec wczesnośredniowiecznych Franków niż nowoczesny parlament. Ustawa liczy 145 artykułów, uchwalono ją w ciągu trzech dni. Realna
praca toczyła się w sejmowej komisji finansów. 18 listopada komisja obradowała nad nią ok. 11 godzin, a następnego dnia - jeszcze dwie. W sumie 13 godzin, czyli 720 min. Wychodzi nieco ponad 5 min na jeden artykuł. Zaiste, Stachanow - najsłynniejszy radziecki przodownik
pracy - byłby dumny z naszych dzielnych parlamentarzystów.
Ale Donald Tusk chciał się odciąć od afery z podsłuchami polityków PO i szemranych biznesmenów, pokazać wizerunek twardego szeryfa walczącego z jaskiniami hazardu. Polityczny cel uświęcił środki.
Prezydent, podpisując ustawę i zapowiadając skierowanie jej do Trybunału Konstytucyjnego, postąpił racjonalnie. Nie naraził się na zarzut obrońcy jednorękich bandytów, ale jednocześnie Trybunał sprawdzi, czy tryb uchwalania ustawy był właściwy. Zastrzeżenia do sposobu procedowania miało sejmowe Biuro Studiów i Analiz. Tzw. oeserka, czyli ocena skutków regulacji, którą sporządził resort finansów, została skandalicznie odfajkowana. Ilu osobom automaty dają pracę? Powinniśmy się tego dowiedzieć z obowiązkowej i skądinąd potrzebnej rubryki "wpływ regulacji na rynek pracy". Ale rząd wpisał: "Brak szczegółowych danych o liczbie zatrudnionych".
Nie wiem, czy podawane przez branżę informacje, jakoby skutki finansowe delegalizacji automatów odczuło 100 tys. ludzi, są prawdziwe, ale resort finansów mógł to bez trudu sprawdzić. Gdyby tylko chciał i miał czas, gdyby zasady przyzwoitej legislacji wygrały z doraźną potrzebą polityczną.
Od lat narzekamy na niskie standardy uchwalania prawa. Uzasadnienia do projektów często są pisane na kolanie. Brakuje ekspertów, Sejm zamawia często opinie renomowanych profesorów, tyle że oni nie przychodzą na posiedzenia komisji, a ich ekspertyzami często nikt się nie przejmuje. "Gazeta" od kilkunastu miesięcy opisuje buble prawne. Przyczyną wielu z nich jest właśnie pośpiech w parlamencie. Moim osobistym faworytem jest VAT na ubranka niemowlęce - przez dwa lata stawka na śpioszki dziergane wynosiła 7 proc., a na tkane 22 proc. Bo senatorowie chcieli mieć ustawę szybko z głowy, a legislator nie dopatrzył - W takim pośpiechu trudno pracować, a w dodatku nie mam
dzieci - tłumaczył potem.
W amerykańskim Kongresie istnieje instytucja zwana Połączony Komitet Podatkowy (Joint Commitee of Taxation). Pracują tam renomowani prawnicy i ekonomiści, często przychodzą z wielkich kancelarii i instytucji finansowych. Bo choć płace w komitecie są nieporównywalnie niższe, to jej prestiż jest wyjątkowy. I wielokrotnie członkowie komitetu umieli wyperswadować kongresmenom co bardziej populistyczne pomysły. U nas często o przepchnięciu jakiegoś rozwiązania decyduje "widzimisię" urzędnika czy polityka, a nie rzetelne analizy.
Oświadczenia Donalda Tuska, że chodzi o dobro zagrożonej hazardowym nałogiem młodzieży, trącą hipokryzją. Bo najpierw należało zbadać skalę zjawiska, ustalić, ile właściwie mamy w Polsce osób uzależnionych od hazardu, a potem pisać ustawę.
Uchwalając ustawę hazardową w ten sposób, parlament stworzył niebezpieczny precedens. Kto nam zagwarantuje, że jeśli deficyt finansów zacznie się powiększać, to w trzy dni nie zostanie uchwalona ustawa zmniejszająca składkę przekazywaną przez ZUS do
OFE?