Krystyna Naszkowska: Został pan jednym z czterech wybitnych absolwentów Politechniki Warszawskiej, jacy znaleźli się w jej Złotej Księdze. Długa drogę pan przeszedł od studiów do budowy dwóch fabryk produkujących autobusy.
Krzysztof Olszewski: Ja już po trzecim roku studiów wiedziałem, że nie będę pracować na państwowej posadzie. Widziałem, jak moi starsi koledzy pracowali: najpierw czytali gazetę, potem pili herbatę, przez chwilę czymś się zajęli, a potem stawali w kolejce po mięso czy inne towary. Ani z tej pracy nie mieli satysfakcji, ani pieniędzy.
Po trzecim roku wysłano mnie na praktykę do Austrii. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem prywatną fabrykę. W Austrii zrozumiałem, jak mało nauczyłem się na studiach. Nas na wydziale mechaniczno-technologicznym uczono wiedzy ogólnej, a nie stosowania jej w praktyce.
Po powrocie do Polski postanowiłem, że zostanę samodzielnym przedsiębiorcą i otworzę własny zakład mechaniczny.
Aby to zrobić, w tamtych czasach nie wystarczyło być inżynierem, trzeba było mieć uprawnienia mistrza rzemieślniczego.
- Koledzy nawet tego nie wiedzieli, ale ja w czasie studiów przez cztery w dni w tygodniu pracowałem w warsztacie samochodowym jako uczeń, potem czeladnik, a w końcu zdałem egzamin na mistrza i zdobyłem te papiery.
Rodzice to pochwalali?
- Na początku nie wiedzieli. Oboje są lekarzami i nie wyobrażali sobie, że zostanę prywaciarzem, a do tego z brudnymi rękami, jak to mechanik. Aż któregoś dnia przyznałem się ojcu, że pracuję w warsztacie, i ojciec natychmiast przyjechał swoim starym fiatem, abym mu zrobił przegląd. Potem nawet pożyczył mi 100 tys. zł, żebym mógł spłacić studia i nie musiał odpracować ich na państwowej posadzie. Uznał, że mój pomysł na życie nie jest zły. Gorzej do tego podchodziła matka, której się marzyła dla mnie kariera naukowa. Do dziś zresztą narzeka.
Skąd pan miał pieniądze na kupno warsztatu samochodowego?
- Zarobiłem. W czasie wakacji i urlopu dziekańskiego pracowałem na Zachodzie, głównie w Szwecji w fabryce płyt gramofonowych. W 1979 r. kupiłem połowę warsztatu w Warszawie, w którym naprawialiśmy zachodnie auta.
A skąd wziął się wspólnik do drugiej połowy warsztatu? Znajomy, rodzina?
- Obcy. Mieszkaliśmy z żoną w bloku w 30-metrowym mieszkaniu, więc przyjęcia często odbywały się na klatce schodowej, prawie wszyscy na klatce się znaliśmy. I pewnego razu na takie przyjęcie do nas przyszedł sąsiad z parteru, który słyszał, że szukam warsztatu do kupna. Powiedział o tym znajomym, który ma warsztat na spółkę i ten wspólnik chce się wycofać. Tak się zaczęło. A 4 grudnia 1981 r. wyjechałem po części samochodowe do Kolonii. Kupiłem je, załadowałem na ciężarówkę i postanowiłem jeszcze kupić coś na święta dla rodziny, kiedy się dowiedziałem o wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego. Nie wiedziałem, co robić - w Polsce został żona i dwoje malutkich dzieci, córka miała trzy lata, a syn dwa.
Bał się pan wracać?
- Dowiedziałem się okrężną drogą od żony, że mam zostać w Niemczech, a ona do mnie dojedzie. Takie wydała mi służbowe polecenie, więc zostałem.
A co z warsztatem?
- Dla mnie to było podstawowe pytanie. Tyle pracy włożyłem, aby zrealizować cel moich marzeń. Inni studenci jechali na wakacje, a ja do pracy. Przez tyle lat. I co teraz, mam to zostawić? To nie było łatwe do zaakceptowania.
Żona sprzedała warsztat za zupełnie śmieszne pieniądze, ale cóż robić.
I przyjechała do pana.
- Tak, ale dopiero po roku i bez dzieci. Dotarła do pośredniczki, która miała kontakty w MSW i za 7 tys. marek załatwiła żonie paszport. To było wtedy ok. 3,5 tys. dol., a za dolara dostawało się ok. 130 zł.
Nam się wydawało, że ta pani tą samą drogą zaraz załatwi paszporty dla dzieci. Tymczasem ona zorientowała się, że ma nad nami władzę, i stale podnosiła stawkę. Ciągle słyszeliśmy, że jeszcze tydzień i paszporty będą. Tydzień za tygodniem mijał i nic. Trwało to rok. Dostała 12 tys. marek, potem wysłaliśmy jej samochód, a dzieci cały czas mieszkały z moją teściową w Warszawie. Myśmy powoli odchodzili od zmysłów.