Firmie Nakheel, deweloperowi sztucznego archipelagu, skończyły się pieniądze, a jej właściciel - państwowy konglomerat Dubai World - poinformował inwestorów, że wstrzymuje spłatę długów do końca maja 2010 r. Łączna wielkość długu państwa miasta sięga 80 mld dol., czyli 140 proc. jego
PKB.
Świat zareagował paniką. Zaczęła się wyprzedaż aktywów nie tylko związanych z regionem. Wszystkie światowe giełdy zatrzęsły się, gdy prysł miraż 62-letniego władcy Dubaju szejka Mohammeda bin Rashida Al-Maktouma. Niektórzy ekonomiści martwią się, że właśnie gdy światowa gospodarka zaczynała z trudem wydobywać się z recesji, Dubaj wtrąci ją z powrotem w kryzys.
Arabska wioska rybacka, w dodatku pozbawiona właściwie bogactw naturalnych, miała zamienić się w handlową metropolię. Miasto miało dorównać wspaniałości Kordoby i Bagdadu w pełni rozkwitu u szczyty potęgi w X wieku. Aby zrealizować ten plan, trzeba było pożyczać pieniądze. Dużo pieniędzy. Wyspy w kształcie koron palmy,
luksusowe nadmorskie kurorty, siedmiogwiazdkowe hotele, supernowoczesne metro, najwyższy budynek świata - wszystkie wyrosły z kredytów.
Rdzenna ludność stanowi niecałe 10 proc. populacji, bo Dubaj budowali cudzoziemcy - europejscy, amerykańscy, azjatyccy i afrykańscy specjaliści. Ich pensje są o połowę wyższe niż np. w Europie i nieopodatkowane. Chętnych więc do wcielania w życie wizji szejka nigdy nie brakowało, zwłaszcza że życie w Dubaju ciężkie nie jest. Cudowna pogoda przez większość roku, tanie
samochody i benzyna, luksus lśniącej nowością infrastruktury, tania
pomoc domowa z Filipin i Sri Lanki, hinduscy kierowcy i ogrodnicy, robotnicy budowlani z Indii, Pakistanu i Chin. Ekspaci nie mieli na co narzekać.
Wydawało się, że nic nie może popsuć tej sielanki. Przyzwyczailiśmy się, że z Dubaju donoszą o coraz wymyślniejszych projektach architektonicznych finansowanych przez pełnych entuzjazmu inwestorów na całym świecie. I wtedy przyszedł kryzys na rynku kredytowym będący wynikiem spadku cen
nieruchomości. Cały globalny system finansowy zaciął się. Nagle okazało się, że nikt nie chce Dubajowi pożyczać.
Co gorsza, międzynarodowe banki zdążyły nieźle umoczyć. Teraz będą musiały we własnym interesie zaangażować się w akcję ratunkową razem z największym wierzycielem Abu Zabi, na którego wszyscy mocno liczą. Pomoc może okazać się kosztowna. Dubaj może utracić kontrolę nad najbardziej wartościowymi przedsiębiorstwami, takimi jak linie lotnicze, porty DP World czy Dubai International Financial Centre, który w regionie odgrywa podobną rolę jak Wall Street lub londyńskie City.
Niektórzy zastanawiają się też, czy w efekcie załamania finansowego Dubaj nie będzie musiał podporządkować swojego prawa żądaniom bardziej konserwatywnych sąsiadów i wprowadzić bardziej restrykcyjnych islamskich zwyczajów związanych z ubiorem i zachowaniem w miejscach publicznych.
Jedno jest pewne - nic już nie będzie takie samo w Dubaju, a plany szejka Mohammeda bin Rashida Al-Maktouma uczynienia z niego Kordoby lub Bagdadu będą musiały poczekać na bardziej sprzyjające stulecie.