To najnowsze dane GUS o strukturze wynagrodzeń w 2008 r. Gdy podzielić te dwie sumy, okaże się, że rozpiętość wynagrodzeń wynosi 4,11. Przez całe lata ta rozpiętość narastała. - To normalne w krajach po transformacji gospodarczej - komentują ekonomiści. Jednak, o dziwo, rozpiętość ta w ostatnich dwóch latach (tak często GUS powtarza badanie) nie zwiększyła się, ale delikatnie zmalała. W 2006 r. współczynnik wynosił 4,31. Co się stało?
- Po pierwsze, podniesiono pensję minimalną o jedną czwartą między 2006 i 2008 r. - mówi Karolina Sędzimir-Domanowska, ekonomistka PKO BP. - Taki ruch oddziałuje na cały segment najniższych wynagrodzeń. Czasami z takim skutkiem, że osoby najmłodsze i o najniższych kwalifikacjach wypadają z
rynku pracy - dodaje.
Jednocześnie gospodarka była jeszcze rozpędzona, a rąk do pracy brakowało m.in. z powodu emigracji. Płace rosły więc w tempie dwucyfrowym. - Mieliśmy boom w budownictwie. Nienasycony popyt i niedobory pracowników sprawiły, że ogromnie zyskali budowlańcy, także niewykwalifikowani - mówi Jan Rutkowski, ekonomista Banku Światowego.
Co będzie dalej? - Na dłuższą metę raczej nie zobaczymy dalszego zmniejszenia różnic w zarobkach, choć początkowo możemy to jeszcze obserwować - twierdzi Rutkowski. W kryzysie bowiem najmniej zarabiający wypadają z rynku pracy i ich zarobki po prostu znikają ze statystyki. Jednak gdy gospodarka zaczyna sobie lepiej radzić, to zwiększa się popyt na
robotników.
- Potem różnice będą znów się pogłębiać, bo charakter postępu technologicznego premiuje wysokie kwalifikacje, a w przypadku Polski, kraju na dorobku, jest dobre dla ogółu, że ludzie starają się dokształcać, rozwijać. Bez tego trudno byłoby nam doganiać najbogatszych - przekonuje Maciej Bukowski, prezes Instytutu Badań Strukturalnych. - W Ameryce od lat 70. nierówności niezachwianie rosną. Sprzyja to innowacyjności gospodarki, podejmowaniu ryzyka - dodaje Rutkowski.
Ekonomiści zaznaczają jednak, że rozpiętość wynagrodzeń w Polsce nie jest jednak tak duża jak w
USA. Nasz wynik jest nieco powyżej średniej dla Unii, podobny jak w Wielkiej Brytanii i Irlandii.
W październiku 2008 r.: - przeciętne wynagrodzenie wynosiło 3232,07 zł brutto, ale mniejsze zarobki miało 65,35 proc. pracowników;
- najwyżej połowę tej sumy zarabiało 18,53 proc. zatrudnionych;
- co najmniej 10 tys. zł miesięcznie zarabiało 2,08 proc. pracowników, a 50 tys. zł i więcej wypłacano jedynie 0,02 proc. zatrudnionych;
- średnia płaca w sektorze publicznym (3432,29 zł) była o 10,4 proc. wyższa niż w prywatnym;
- przeciętne wynagrodzenie za godzinę pracy wynosiło 18,11 zł. Mężczyźni za godzinę swojej pracy dostawali o 15,6 proc. więcej niż kobiety.
- wyżsi urzędnicy i kierownicy zarabiali średnio 7219,37 zł, specjaliści - 3979,02 zł,
robotnicy - 2673,58 zł, a pracownicy przy pracach prostych - 1895,86 zł;
- największa rozpiętość zarobków występuje w grupie urzędników i kierowników, a najmniejsza -
sprzedawców i pracowników przy pracach prostych.
Zostań fanem serwisu Wyborcza.biz na Facebooku