Ówczesna silna pozycja gospodarcza Ameryki w połączeniu z zimną wojną przyniosły plan Marshalla, czyli pomoc finansową dla sojuszników w Europie - głównie w postaci pożyczek - potrzebną do odbudowania zniszczonych po wojnie gospodarek.
Pomoc dla Europy była jednocześnie samopomocą dla
USA. Odrodzenie ekonomiczne Starego Kontynentu oznaczało przecież popyt na amerykańskie towary eksportowe, tak potrzebny Ameryce, gdzie zdemobilizowani żołnierze i pracownicy przemysłu zbrojeniowego potrzebowali jakiegoś zajęcia.
Nastąpiło sprzężenie zwrotne. Podatki od dobrze prosperujących amerykańskich eksporterów i ich pracowników pozwoliły Waszyngtonowi na finansowanie planu Marshalla.
Podobną politykę Ameryka prowadziła w stosunku do swoich sprzymierzeńców w Azji. Niekomunistyczne państwa regionu, takie jak
Japonia, Tajwan, Korea Południowa, otrzymywały pomoc rozwojową, pożyczki i specjalne przywileje handlowe.
Dziś nikt nie ma wątpliwości, że Stany Zjednoczone odniosły ze swojej hojności korzyści istotniejsze niż poniesione koszty, nawet uwzględniając to, że część pożyczek nie została spłacona.
Chińczycy uważają, że teraz przyszła kolej na nich. Siedząc na górze
rezerw walutowych, zastanawiają się, jak ją spożytkować, by i wilk był syty, i owca cała.
Już samo finansowanie w ostatnich latach przez chiński rząd amerykańskiego deficytu budżetowego można uznać za odpowiednik planu Marshalla. Chińskie środki posłużyły przecież Amerykanom do życia na kredyt i dzięki nim kupowali na potęgę chińskie produkty eksportowe, pisze "Asia Times".
Ale można zrobić jeszcze więcej.
Chiny zyskałyby nie tylko dostęp do surowców, ale też nowe rynki zbytu dla swojego
eksportu, gdyby przyczyniły się do szybszego wzrostu biednych krajów, np. afrykańskich.
W wywiadzie udzielonym "Financial Times" szef Banku Światowego Robert Zoellick powiedział w zeszłym tygodniu, że rozmawiał z przedstawicielami chińskich władz o możliwościach kompleksowego inwestowania w Afryce. Chiński minister handlu Chen Deming uważa, że można by przenieść ośrodki pracochłonnej produkcji eksportowej, np. zabawek lub butów, do Afryki i utworzyć tam strefy wytwórcze podobnie jak w Chinach. Wiązałoby się to z inwestycjami w infrastrukturę i mogło stanowić dla niektórych regionów - na południe od Sahary - początek drogi rozwoju, na którą wkroczyła swego czasu Azja. Kto jak nie Chińczycy może przekazać Afryce know-how taniej produkcji o wysokim nakładzie pracy.
W ostatnich miesiącach przedstawiciele chińskich władz i środowisk akademickich debatowali nad możliwością wykorzystania ogromnych chińskich rezerw do stymulowania wzrostu w krajach rozwijających się na różne sposoby. Pomysł ten określany jest czasem mianem "chińskiego planu Marshalla".
W listopadzie premier Wen Jiabao przeznaczył 10 mld dolarów na nisko oprocentowane pożyczki dla Afryki. Zniósł też cła na 60 proc. towarów pochodzących z krajów najbiedniejszych i darował kilku z nich zadłużenie.
W 2008 roku obroty handlowe pomiędzy Chinami i Afryką wzrosły o 45 proc., do 107 mld dolarów, czyli dziesięciokrotnie od 2000 roku.
I choć chińskiemu zaangażowaniu w Afryce towarzyszy krytyka z Zachodu związana z niestawianiem politycznych warunków wobec tamtejszych reżimów, a także oskarżenia o nowoczesny kolonializm, na ostatnim szczycie Chiny - Afryka w listopadzie niezadowolonych nie było.
Robert Zoellick podkreśla w rozmowie z "FT", że w tym roku po raz pierwszy Chiny wzięły udział w zrzutce Banku Światowego na finansowanie programów pomocy dla krajów najbiedniejszych, co najlepiej symbolizuje zmianę optyki Państwa Środka.