Naukowcy ostrzegają, że ludzkości grozi kolosalna katastrofa ekologiczna, jeśli w ciągu kilku kolejnych dekadach temperatura atmosfery podniesie się o więcej niż 2 stopnie C.
Najważniejszy moment konferencji klimatycznej nastąpi pod sam jej koniec, gdy rządy podejmą próbę wynegocjowania wiążącego, politycznego porozumienia w sprawie skali redukcji emisji gazów cieplarnianych oraz w sprawie pomocy finansowej dla państw najuboższych. Wtedy do Kopenhagi mają przyjechać szefowie państw i rządów. Zapowiedziało się już ponad 100 prezydentów i premierów, w tym prezydent
USA Barack Obama i szef polskiego rządu Donald Tusk.
Celem spotkania jest bowiem przyjęcie nowego porozumienia o redukcji emisji gazów cieplarnianych, które zastąpiłoby wygasający w 2012 r. protokół z Kioto.
Zdaniem większości naukowców jeśli świat nie ograniczy emisji CO2, dojdzie do ocieplenia klimatu i globalnej katastrofy. ONZ-owski panel naukowy IPCC twierdzi, że średnia temperatura nie może wzrosnąć więcej niż o dwa stopnie Celsjusza. Dlatego do 2020 r. świat musi emitować o 20-30 proc. gazów cieplarnianych mniej niż w 1990 r., a w 2050 r. - aż o 80 proc. mniej.
Ale wszystko wskazuje na to, że w Kopenhadze takiej wiążącej umowy nie uda się przyjąć. Negocjacje trwają już dwa lata, ale rządy nie potrafiły porozumieć się ani kto ile redukuje, ani ile pomocy finansowej dać krajom biednym i jak się tym ciężarem podzielić. Według Komisji Europejskiej, w 2020 r. na zapobieganie skutkom zmian klimatycznych potrzeba będzie 22-50 mld euro rocznie!
A skoro nie traktat, to co? Najbardziej prawdopodobny scenariusz jest taki, że w Kopenhadze przyjęta zostanie "polityczna deklaracja". Czy pojawią się w niej konkrety: daty i deklarowane poziomy redukcji emisji oraz deklaracje finansowe?
Część polityków wierzy, że to możliwe. Najtrudniej będzie przekonać państwa rozwijające się oraz USA. Te pierwsze nie mają obowiązku redukować emisji CO2 poniżej poziomu z 1990 r. (taki obowiązek spada na bogate kraje). Od biednych oczekuje się, że będą pompować do atmosfery o 15-30 proc. gazów mniej, przy założeniu, że ich gospodarki będą się rozwijać tak jak dotychczas.
A co, jeśli rządy nigdy się nie dogadają? Strach pomyśleć. Z niedawnego badania Potsdam Institute for Climate Impact Research, wynika, że jeszcze w tym stuleciu średnia temperatura Ziemi może się podnieść o siedem stopni Celsjusza. Dane meteorologiczne pokazują, że przez ostatnie 25 lat temperatura Ziemi podnosiła się o 0,2 st. na dekadę. Tylko w latach 2007-09 lodowce na północnym i południowym biegunie topniały o 40 proc. szybciej niż przewidywano. A gdyby wszystkie się stopiły, poziom wody w morzach mógłby się podnieść o... 12 metrów.
Co świat robi dziś, by powstrzymać zmiany klimatyczne? ¨ Unia Europejska może uważać się za lidera w powstrzymywaniu zmian klimatycznych. Z danych Europejskiej Agencji Ochrony Środowiska wynika, że państwa UE - z wyjątkiem Austrii - zrealizowały cele protokołu z Kioto: do 2012 r. ograniczą emisję gazów cieplarnianych o 8 proc. w stosunku do poziomu z 1990 r. Część krajów musiała kupować dodatkowe uprawnienia do emisji CO2, by móc swoje cele Kioto zrealizować. Skorzystała na tym m.in.
Polska, która niedawno sprzedała Hiszpanii uprawnienia za 25 mln euro.
Dziś Unia jest - obok Japonii i Australii - jedyną potęgą gospodarczą przygotowaną do większych ograniczeń emisji CO2. W 2008 r., po ciężkich bojach, w których Polska odegrała ważną rolę, UE przyjęła pakiet energetyczno-klimatyczny. Zakłada on, że do 2020 r. Unia będzie mogła ograniczyć emisje CO2 o co najmniej 20 proc. w stosunku do 1990 r., a w 2050 r. gospodarka UE ma niemal całkowicie pożegnać się z dwutlenkiem węgla ze źródeł przemysłowych. Główną częścią pakietu jest Europejski System Handlu Emisjami (ETS), w którym uprawnienia do emisji gazów cieplarnianych stają się takim samym "towarem" jak surowce, energia i praca, co wymusza w sposób rynkowy redukcję emisji. Unia idzie też najdalej w organizowaniu "klimatycznej" pomocy finansowej dla biednych państw.
Bruksela ocenia, że w latach 2012-20 UE przekazywałaby do 15 mld euro rocznie. Sęk w tym, że kraje UE jeszcze nie zdecydowały jak się tymi wydatkami podzielić.
¨ Stany Zjednoczone, decyzją poprzedniego prezydenta George'a W. Busha, nie ratyfikowały protokołu z Kioto. USA nie mają też przepisów federalnych ograniczających emisję CO2, ale zapewne będą je miały, bo administracja prezydenta Baracka Obamy zmieniła kurs o 180 stopni. Kongres pracuje na dwoma aktami prawnymi, które mają doprowadzić do redukcji emisji o 17-20 proc. do 2020 r. i o 83 proc. do 2050 r. w stosunku do poziomu z 2005 r. 20-proc. ograniczenie emisji w stosunku do 2005 r. odpowiada 4-proc. redukcji w porównaniu z 1990 r.
USA wprowadziłyby też system handlu emisjami (podobny do UE). Dochody z handlu będą wydane na wsparcie dla państw rozwijających się. Ustawa klimatyczna będzie uchwalona najwcześniej wiosną 2010 r.
Do USA przylgnęła łatka państwa, które lekceważy zagrożenie klimatyczne. Ale to nie do końca prawda. To, za co nie zabrały się jeszcze władze federalne, po części udaje się na szczeblu lokalnym. Wiele stanów USA, z Kalifornią na czele, wprowadziło rygorystyczne przepisy dotyczące emisji CO2. USA są też największym na świecie producentem energii ze źródeł odnawialnych.
¨
Chiny od dwóch lat największy emitent gazów cieplarnianych. Według danych Międzynarodowej Agencji Energii (IEA), sam tylko przemysł i transport chiński pompują w powietrze 6 mld ton CO2 rocznie (o 300 mln ton więcej niż drugie w kolejności USA i o prawie 2 mld ton więcej niż UE). Pekin długo odmawiał jakichkolwiek zobowiązań ws. redukcji emisji CO2, tłumacząc, że priorytetem musi być rozwój gospodarczy i wyciągnięcie setek milionów mieszkańców kraju z biedy. USA uważają Chiny za największego konkurenta gospodarczego i dlatego też nie chciały przyłączyć się do klimatycznego paktu.
Wreszcie kilka tygodni temu rząd Chin ogłosił, że do 2020 r. na każdą wytworzoną jednostkę PKB Chiny wyemitują o 40-45 proc. mniej CO2 niż obecnie.
Ale to nie daje gwarancji, że za 11 lat emisje gazów cieplarnianych będą mniejsze. Biorąc pod uwagę szybki wzrost gospodarki chińskiej, emisje CO2 w Chinach za 11 lat będą wręcz większe niż w 2005 r. Na dodatek Chiny wciąż kwestionują tezę, że do 2020 r. temperatura nie może wzrosnąć o ponad dwa stopnie.
Ale eksperci szacują, że proponowane przez Chiny ograniczenia plus bezwzględne redukcje emisji dwutlenku węgla na Zachodzie, powinny wystarczyć do zatrzymania klimatycznej katastrofy. Tym bardziej, że Chiny po cichu, ale z rozmachem inwestują gigantyczne pieniądze w rozwój "czystych" źródeł energii. Są czwartym krajem świata, jeśli chodzi o moc farm wiatrowych (ustępują USA, Niemcom i Hiszpanii), a w latach 2011-12 będą już światowym liderem. Chiny stały się też światowym liderem w produkcji ogniw słonecznych.
¨ Japonia idzie ramię w ramię z Europą, a niekiedy nawet ją wyprzedza. Nowy, bardziej radykalny rząd w Tokio ogłosił, że do 2020 r. emisje japońskiej gospodarki spadną aż o 25 proc. w porównaniu z 1990 r. (o ile porównywalne cięcia wprowadzą u siebie pozostałe potęgi gospodarcze). Ale w odróżnieniu od UE Japonia nie wypełniła swojego celu z protokołu z Kioto. W 2008 r. japońskie emisje gazów cieplarnianych były o 16 proc. wyższe od dozwolonych, i to pomimo desperackiego skupowania "zezwoleń na emisję" w innych krajach.
¨
Indie były ostatnim dużym państwem świata, które zadeklarowało, o ile ograniczą emisje. Ich cel okazał się bardziej niż skromny: do 2020 r. chcą - jak Chiny - ograniczyć emisje przypadające na każdą jednostkę wytworzonego PKB, ale tylko o 20-25 proc.
Ale Indie także inwestują w energetykę odnawialną, zwłaszcza słoneczną. W perspektywie 30 lat Indie chcą wydać na ekoenergię 19 mld dol.