Żart prawnika pokazuje, jaką temperaturę osiągnął spór gazet z największą wyszukiwarką internetową na świecie.
Przed nim na scenie stanął Les Hinton, prezes amerykańskiej spółki Dow Jones & Co. wydającej
dziennik "The Wall Street Journal" i należącej do koncernu News Corp. - Obiecano nam, że oczy internautów oznaczają przychody z reklam. Kliknięcia oznaczały gotówkę. Jednak darmocha kosztuje zbyt dużo. Wiadomości są biznesem i nie powinniśmy się bać o tym mówić - grzmiał z trybuny. Po czym dodał, że "należy lękać się speców od technologii, którzy przynoszą dary", trawestując słowa Laokoona, kapłana z Troi, który lękał się Greków składających dary.
Specami od technologii są oczywiście firmy internetowe, jak np.
Google czy Yahoo, które zarabiają krocie na reklamie internetowej. Szef Hintona, magnat medialny Rupert Murdoch jako pierwszy wypowiedział im wojnę, twierdząc, że "okradają" one jego gazety.
Mimo to David Drummond pojawił się na kongresie wydawców, żeby stawić czoło krytyce. Jeszcze wcześniej Eric Schmidt, prezes Google, bronił swojej firmy na łamach "The Wall Street Journal". "Malejące przychody i coraz mniejsze zasoby skłaniają prezesów spółek gazetowych do szukania winnych" - napisał w swoim komentarzu. Zaznaczył, że jego firma nie ponosi odpowiedzialności za problemy wydawców i zaapelował "o zmianę tonu debaty". Według Schmidta wyszukiwarka przynosi witrynom wydawców prasy ok. 4 mld kliknięć dziennie.
Jednak Google poszedł na ustępstwa i ograniczył liczbę artykułów z jednego tytułu, które internauci mogą przeczytać za darmo w ciągu dnia, do pięciu. Przeczytanie kolejnych będzie możliwe po zarejestrowaniu się w witrynie danego wydawcy albo wykupieniu elektronicznej prenumeraty.
Zdaniem John Rose'a z firmy doradczej Boston Consulting Group zmiana nie rozwiąże problemu. BCG zapytała niedawno Amerykanów, na ile są skłonni płacić za treści w sieci. Wniosek: czytelnicy chcą płacić za dostęp do niektórych gazet o "unikalnej tematyce i pozycji redakcyjnej". - Ale tak naprawdę nie chodzi o wyszukiwarki. Chodzi o to, że pozycja konkurencyjna wydawców polegała na tym, że jako jedyni drukowali i rozpowszechniali wiadomości na swoim rynku. Teraz ich czytelnicy mogą czerpać te wiadomości skądinąd. Nie można brać pieniądze za coś, co inni rozdają za darmo - tłumaczy Rose.
- To uderzające, że Google mówi: "Dobra, może wydawcy mają trochę racji, więc zaczynamy proponować nieco bardziej zniuansowane rozwiązania. Gdyby nagle się okazało, że w ich wyszukiwarce brakuje jakichś 100 największych gazet na świecie, to nawet gdyby nie wpłynęło na ich finanse, z pewnością uderzyłoby to w ich wizerunek - mówi Dan Kennedy z wydziału dziennikarstwa na Northeastern University w Boston.