Islandia jako jeden z pierwszych europejskich krajów na własnej skórze odczuła, co to znaczy kryzys finansowy. W październiku zeszłego roku gospodarka położonej na Atlantyku wyspy posypała się jak domek z kart. Kraj nie był w stanie udźwignąć swoich własnych przerośniętych instytucji finansowych, które masowo inwestowały za granicą. Największe islandzkie banki upadły i zostały przejęte przez państwo. Na lodzie zostały tysiące ich klientów, także zagranicznych, których skusiło wysokie oprocentowanie.
Od tego czasu minął ponad rok. W tym czasie Islandia otrzymała pomoc ze strony Międzynarodowego Funduszu Walutowego, dogadała się m.in. z Wielką Brytanią i Holandią, których obywatele zostali poszkodowani w wyniku upadku islandzkich banków. Niektóre instytucje finansowe zostały ponownie sprywatyzowane. Co ciekawe, Islandia, nie chcąc już być osamotniona w walce z potencjalnymi kryzysami w przyszłości, złożyła wniosek o członkostwo w Unii Europejskiej.
Ale kłopoty swojego kraju Islandczycy ciągle poznają na własnej skórze. W III kw. tamtejsza gospodarka skurczyła się o 5,7 proc. w stosunku do II kw. i o 7,2 proc. w skali roku. W ciągu ostatniego roku konsumpcja Islandczyków spadła o 13 proc., a inwestycje firm o prawie połowę! Sytuację ratował
eksport, który w ostatnim roku wzrósł o ponad 8 proc., głównie dzięki mocnemu osłabieniu się islandzkiej korony.