Szczyt z udziałem ponad 30 tys. gości i delegacji ze 192 państw otworzył polski minister środowiska Maciej Nowicki. Przez 12 miesięcy przewodniczył on międzynarodowym negocjacjom klimatycznym. - Tu, w Kopenhadze, przedstawiciele rządów z całego świata spotkali się, aby uczynić decydujący krok w odpowiedzi na największe zagrożenie, które stoi obecnie przed ludzkością - mówił Nowicki. I wezwał, by bogate państwa wykazały się solidarnością wobec biednych, pomagając im zaadaptować się do wymogów polityki klimatycznej.
Na razie tylko kraje UE są gotowe położyć konkretne pieniądze na stole. Jak twierdzi
dziennik "Financial Times Deutschland", przez pierwsze trzy lata - począwszy od 2010 r. - UE jest gotowa przekazać najbiedniejszym państwom od 1 do 3 mld euro rocznie. Ale ta suma nie jest pewna, bo muszą ją jeszcze potwierdzić unijne rządy (na szczycie UE 10-11 grudnia). Na razie w projekcie dokumentu kończącego szczyt UE (którego kopię ma "Gazeta") zamiast cyfr jest puste miejsce. I stwierdzenie: "Unia Europejska wzywa państwa rozwinięte, żeby ogłosiły swój udział w tej pomocy".
Jednak Unia ma jeszcze jeden problem. Rządy UE zastanawiają się, czy już teraz UE powinna zadeklarować, że zwiększy redukcje emisje CO2 z 20 do aż 30 proc. Do tej pory mówiła, że na większe redukcje zdecyduje się tylko wtedy, gdy podobnie zrobią inne rozwinięte kraje świata.
Ale przedstawione do tej pory zobowiązania (Japonii,
USA, Kanady, Australii) nie sumują się nawet do 20 proc. To za mało, żeby powstrzymać dalszy wzrost temperatury atmosfery powyżej groźnego progu 2 st. C. I dlatego część rządów unijnych - zwłaszcza w Skandynawii, Holandii i Wielkiej Brytanii - zaczyna sugerować, że UE powinna zrobić odważny gest i dać przykład USA, Japonii itp.
Ale nie chcą tego
Polska i inne nowe kraje Unii. - Nie zostały spełnione warunki, by przejść z 20 do 30 proc. Nie chcemy dopuścić do tego, że UE bierze na siebie odpowiedzialność za wszystko, co się dzieje na świecie - mówi "Gazecie" jeden z członków rządowej delegacji w Kopenhadze. Być może jednak w najbliższych dniach w Kopenhadze pojawią się "odpowiednie warunki", by UE zwiększyła ograniczenia emisji.
Do ważnego kroku szykują się bowiem USA. Wczoraj amerykańska Agencja Ochrony Środowiska (EPA) ogłosiła, że uznaje emisje CO2 za "zagrożenie dla zdrowia publicznego". To oznacza, że w USA mogą pojawić się przepisy, np. nakazujące stosowanie nowych technologii grzewczych i izolacyjnych w budownictwie. To pomogłoby zmniejszyć zużycie energii w USA i ułatwić ograniczenie emisji o więcej niż 17 proc., jak dziś proponują Stany.