- W czasie kredytowego boomu klienci starający się o pożyczki nagminnie przekazywali nam nieprawdziwe informacje - narzeka Robert, który pracuje w dziale windykacji jednego z banków wyspecjalizowanych w szybkich pożyczkach. I nie chodzi wcale o spektakularne próby wyłudzenia kilku milionów złotych. Najbardziej uciążliwe są małe kłamstewka: zaniżenie liczby
dzieci na utrzymaniu, zatajenie kilku spłacanych kredytów albo zawyżone pensje.
W tym ostatnim procederze masowo uczestniczyli pracodawcy. Mariusz Karpiński, były prezes GE Money Banku i Meritum Banku, szacuje, że kilkaset tysięcy osób potrafiło przekonać swoich przełożonych, by na papierze podwyższyli im pensje. - Żeby dostać większe kredyty, przed bankami udawaliśmy bogatszych, niż rzeczywiście jesteśmy - mówi Karpiński. Przedstawiciel jednego z dużych banków uważa, że ten proceder rozwinął się przede wszystkim w mniejszych miejscowościach: - Tam wszyscy się znają. U cioci na imieninach Zbyszek mówi, że chce pieniądze na
samochód pożyczyć. No to Staszek, który pracuje w banku, radzi mu, żeby podwyższył sobie pensję o tysiąc złotych, to zamiast na Fiata będzie miał na
Opla. A Kasia z księgowości mówi, że da się zrobić. I w ten sposób Zbyszek na papierze zamiast 3 tys. zarabia 4 tys. zł.
Anna Kula z Eurobanku wskazuje, że to, co klient może traktować jako drobne kłamstwo, bank może traktować jako próbę wyłudzenia: - Jeśli mamy podejrzenie popełnienia przestępstwa, jesteśmy zobligowani do zgłoszenia tego prokuraturze.
Banki mają sposoby, by zweryfikować, czy mówimy prawdę. Jakie? - Jeśli chodzi o naszego klienta, to sprawa jest prosta, bo widzimy jego miesięczne przepływy finansowe i wiemy, ile rzeczywiście zarabia - mówi Piotr Gajdziński z BZ WBK.
Jeśli bank ma wątpliwości, czy pensja podana w zaświadczeniu jest prawdziwa, dzwoni do firmy i pyta w dziale kadr. - Ale tutaj mamy takie ryzyko, że jeśli księgowość wie, że w zaświadczeniu pensja jest naciągnięta, to wszystko potwierdzi bez zmrużenia oka - mówi Gajdziński.
Ostateczną instancją jest ZUS - jeśli bank nadal nie ma pewności co do zarobków, prosi o zaświadczenie. To najlepszy papierek lakmusowy, który pokazuje, czy firma mówiła prawdę, czy koloryzowała.
Problem w tym, że takie szczegółowe prześwietlenie każdego klienta jest sprzeczne z ideą szybkich kredytów. - W biznesie consumer finance pożyczki mają być nieduże, udzielane masowo, przy minimum formalności. Banki ponoszą ryzyko, ale zarabiają na wysokim oprocentowaniu: klient pożycza 3 tys., a po roku oddaje 4 tys. zł - tłumaczy Michał Macierzyński, ekonomista z Uniwersytetu Warszawskiego. - Jeśli jednak ryzyko jest tak duże, że bank musi drobiazgowo prześwietlać każdego klienta, dzwonić do firmy i sprawdzać go w ZUS, to udzielanie szybkich pożyczek przestaje mu się opłacać - dodaje.
Żeby się zabezpieczyć przed "kłamstwami" klientów, banki postanowiły utworzyć bazę firm, które nakryto na wystawianiu nieprawdziwych zaświadczeń. - Jeśli o kredyt stara się firma, która znajduje się w bazie, bankowi powinno się włączyć światło ostrzegawcze. To znak, że powinien zachować wyjątkową ostrożność i szczególnie dokładnie prześwietlić wszystkie dokumenty - tłumaczy Remigiusz Kaszubski, który w Związku Banków Polskich nadzoruje projekt. Baza ma ruszyć za kilka miesięcy. Kaszubski porównuje ją do
Biura Informacji Kredytowej: - To nie będzie żadna czarna lista, tylko źródło informacji o firmach, która pomoże bankom szacować ryzyko kredytowe związane z poszczególnymi klientami.
Ale wiadomo, że osoba, która ma zły rekord w
BIK, raczej nie ma co liczyć na bankową pożyczkę. Czy z firmami będzie tak samo?