Małe kłamstewka przy kredycie, wielkie kłopoty dla pracodawcy
Nina Hałabuz
2009-12-08, ostatnia aktualizacja 2009-12-08 21:56
Chciałeś wziąć kredyt i namówiłeś swojego pracodawcę, żeby na papierze podwyższył ci pensję? Wkrótce twoja firma może się znaleźć w bazie przedsiębiorstw, które poświadczyły przed bankami nieprawdę. Tworzy ją Związek Banków Polskich
ZOBACZ TAKŻE
- Rz: Firmy coraz częściej wymagają od pracowników podpisania weksla (26-05-10, 07:12)
- Rok 2009: Było źle, jest lepiej, będzie...? (07-01-10, 13:11)
- Kredyt z dopłatą czy w euro? (28-12-09, 13:53)
- Najkorzystniejszy kredyt w USD oferuje (18-12-09, 17:47)
- Z banku do banku tylko jeden krok (15-12-09, 07:00)
- Nasz rachunek to dla banku źródło wiedzy (14-12-09, 22:30)
- Banki straciły cierpliwość. Windykatorzy pukają do drzwi (10-12-09, 06:17)
- Od dostępności kredytu zależy czy mieszkania potanieją, czy nie (07-12-09, 20:43)
- Kredyt hipoteczny z marżą 1,5 proc.? Jest nowa promocja, ale... (07-12-09, 16:26)
- Spłaty rat kredytów nie są już na pierwszym miejscu listy naszych priorytetów (02-12-09, 20:03)
- Europejskie banki wywołają następny globalny kryzys? (02-12-09, 12:42)
- Badania: ponad połowa pensji na spłatę kredytów? Co siódmy Polak tak ma! (07-12-09, 20:56)
- W czasie kredytowego boomu klienci starający się o pożyczki nagminnie przekazywali nam nieprawdziwe informacje - narzeka Robert, który pracuje w dziale windykacji jednego z banków wyspecjalizowanych w szybkich pożyczkach. I nie chodzi wcale o spektakularne próby wyłudzenia kilku milionów złotych. Najbardziej uciążliwe są małe kłamstewka: zaniżenie liczby dzieci na utrzymaniu, zatajenie kilku spłacanych kredytów albo zawyżone pensje.
W tym ostatnim procederze masowo uczestniczyli pracodawcy. Mariusz Karpiński, były prezes GE Money Banku i Meritum Banku, szacuje, że kilkaset tysięcy osób potrafiło przekonać swoich przełożonych, by na papierze podwyższyli im pensje. - Żeby dostać większe kredyty, przed bankami udawaliśmy bogatszych, niż rzeczywiście jesteśmy - mówi Karpiński. Przedstawiciel jednego z dużych banków uważa, że ten proceder rozwinął się przede wszystkim w mniejszych miejscowościach: - Tam wszyscy się znają. U cioci na imieninach Zbyszek mówi, że chce pieniądze na samochód pożyczyć. No to Staszek, który pracuje w banku, radzi mu, żeby podwyższył sobie pensję o tysiąc złotych, to zamiast na Fiata będzie miał na Opla. A Kasia z księgowości mówi, że da się zrobić. I w ten sposób Zbyszek na papierze zamiast 3 tys. zarabia 4 tys. zł.
Anna Kula z Eurobanku wskazuje, że to, co klient może traktować jako drobne kłamstwo, bank może traktować jako próbę wyłudzenia: - Jeśli mamy podejrzenie popełnienia przestępstwa, jesteśmy zobligowani do zgłoszenia tego prokuraturze.
Banki mają sposoby, by zweryfikować, czy mówimy prawdę. Jakie? - Jeśli chodzi o naszego klienta, to sprawa jest prosta, bo widzimy jego miesięczne przepływy finansowe i wiemy, ile rzeczywiście zarabia - mówi Piotr Gajdziński z BZ WBK.
Jeśli bank ma wątpliwości, czy pensja podana w zaświadczeniu jest prawdziwa, dzwoni do firmy i pyta w dziale kadr. - Ale tutaj mamy takie ryzyko, że jeśli księgowość wie, że w zaświadczeniu pensja jest naciągnięta, to wszystko potwierdzi bez zmrużenia oka - mówi Gajdziński.
Ostateczną instancją jest ZUS - jeśli bank nadal nie ma pewności co do zarobków, prosi o zaświadczenie. To najlepszy papierek lakmusowy, który pokazuje, czy firma mówiła prawdę, czy koloryzowała.
Problem w tym, że takie szczegółowe prześwietlenie każdego klienta jest sprzeczne z ideą szybkich kredytów. - W biznesie consumer finance pożyczki mają być nieduże, udzielane masowo, przy minimum formalności. Banki ponoszą ryzyko, ale zarabiają na wysokim oprocentowaniu: klient pożycza 3 tys., a po roku oddaje 4 tys. zł - tłumaczy Michał Macierzyński, ekonomista z Uniwersytetu Warszawskiego. - Jeśli jednak ryzyko jest tak duże, że bank musi drobiazgowo prześwietlać każdego klienta, dzwonić do firmy i sprawdzać go w ZUS, to udzielanie szybkich pożyczek przestaje mu się opłacać - dodaje.
Żeby się zabezpieczyć przed "kłamstwami" klientów, banki postanowiły utworzyć bazę firm, które nakryto na wystawianiu nieprawdziwych zaświadczeń. - Jeśli o kredyt stara się firma, która znajduje się w bazie, bankowi powinno się włączyć światło ostrzegawcze. To znak, że powinien zachować wyjątkową ostrożność i szczególnie dokładnie prześwietlić wszystkie dokumenty - tłumaczy Remigiusz Kaszubski, który w Związku Banków Polskich nadzoruje projekt. Baza ma ruszyć za kilka miesięcy. Kaszubski porównuje ją do Biura Informacji Kredytowej: - To nie będzie żadna czarna lista, tylko źródło informacji o firmach, która pomoże bankom szacować ryzyko kredytowe związane z poszczególnymi klientami.
Ale wiadomo, że osoba, która ma zły rekord w BIK, raczej nie ma co liczyć na bankową pożyczkę. Czy z firmami będzie tak samo?
W tym ostatnim procederze masowo uczestniczyli pracodawcy. Mariusz Karpiński, były prezes GE Money Banku i Meritum Banku, szacuje, że kilkaset tysięcy osób potrafiło przekonać swoich przełożonych, by na papierze podwyższyli im pensje. - Żeby dostać większe kredyty, przed bankami udawaliśmy bogatszych, niż rzeczywiście jesteśmy - mówi Karpiński. Przedstawiciel jednego z dużych banków uważa, że ten proceder rozwinął się przede wszystkim w mniejszych miejscowościach: - Tam wszyscy się znają. U cioci na imieninach Zbyszek mówi, że chce pieniądze na samochód pożyczyć. No to Staszek, który pracuje w banku, radzi mu, żeby podwyższył sobie pensję o tysiąc złotych, to zamiast na Fiata będzie miał na Opla. A Kasia z księgowości mówi, że da się zrobić. I w ten sposób Zbyszek na papierze zamiast 3 tys. zarabia 4 tys. zł.
Anna Kula z Eurobanku wskazuje, że to, co klient może traktować jako drobne kłamstwo, bank może traktować jako próbę wyłudzenia: - Jeśli mamy podejrzenie popełnienia przestępstwa, jesteśmy zobligowani do zgłoszenia tego prokuraturze.
Banki mają sposoby, by zweryfikować, czy mówimy prawdę. Jakie? - Jeśli chodzi o naszego klienta, to sprawa jest prosta, bo widzimy jego miesięczne przepływy finansowe i wiemy, ile rzeczywiście zarabia - mówi Piotr Gajdziński z BZ WBK.
Jeśli bank ma wątpliwości, czy pensja podana w zaświadczeniu jest prawdziwa, dzwoni do firmy i pyta w dziale kadr. - Ale tutaj mamy takie ryzyko, że jeśli księgowość wie, że w zaświadczeniu pensja jest naciągnięta, to wszystko potwierdzi bez zmrużenia oka - mówi Gajdziński.
Ostateczną instancją jest ZUS - jeśli bank nadal nie ma pewności co do zarobków, prosi o zaświadczenie. To najlepszy papierek lakmusowy, który pokazuje, czy firma mówiła prawdę, czy koloryzowała.
Problem w tym, że takie szczegółowe prześwietlenie każdego klienta jest sprzeczne z ideą szybkich kredytów. - W biznesie consumer finance pożyczki mają być nieduże, udzielane masowo, przy minimum formalności. Banki ponoszą ryzyko, ale zarabiają na wysokim oprocentowaniu: klient pożycza 3 tys., a po roku oddaje 4 tys. zł - tłumaczy Michał Macierzyński, ekonomista z Uniwersytetu Warszawskiego. - Jeśli jednak ryzyko jest tak duże, że bank musi drobiazgowo prześwietlać każdego klienta, dzwonić do firmy i sprawdzać go w ZUS, to udzielanie szybkich pożyczek przestaje mu się opłacać - dodaje.
Żeby się zabezpieczyć przed "kłamstwami" klientów, banki postanowiły utworzyć bazę firm, które nakryto na wystawianiu nieprawdziwych zaświadczeń. - Jeśli o kredyt stara się firma, która znajduje się w bazie, bankowi powinno się włączyć światło ostrzegawcze. To znak, że powinien zachować wyjątkową ostrożność i szczególnie dokładnie prześwietlić wszystkie dokumenty - tłumaczy Remigiusz Kaszubski, który w Związku Banków Polskich nadzoruje projekt. Baza ma ruszyć za kilka miesięcy. Kaszubski porównuje ją do Biura Informacji Kredytowej: - To nie będzie żadna czarna lista, tylko źródło informacji o firmach, która pomoże bankom szacować ryzyko kredytowe związane z poszczególnymi klientami.
Ale wiadomo, że osoba, która ma zły rekord w BIK, raczej nie ma co liczyć na bankową pożyczkę. Czy z firmami będzie tak samo?
Ocena:
słabe
nic specjalnego
dobre
bardzo dobre
znakomite
2.8
26 głosów
Przeczytaj 64 komentarze na Forum
Pobierz aplikację Wyborcza.biz na:













