YouTube namawia polskie stacje telewizyjne i producentów, żeby zamieścili u niego swoje programy. Menedżerowie spółki pielgrzymują po firmach i kuszą: dajcie swoje produkcje, a podzielimy się zyskami z reklam. Na koncie mają umowy z Monty Pythonem, brytyjską stacją Channel 4 czy Lukiem Bessonem.
Na filmach zamieszczanych w YouTube internauci widzieli już niemal wszystko: wybuchową mieszankę mentosów i coli, psy przebrane za pająki, seks zwierząt czy człowieka z tak rozciągliwą gębą, że bez problemu mieści w niej puszkę z napojem.
Mimo imponujących statystyk właściciele serwisu nie widzieli jednego: zysków. Bo reklamodawcy nie chcą pokazywać się przy amatorskich, często kontrowersyjnych nagraniach. Nie ma reklam, nie ma pieniędzy.
Polskie stacje, które w internecie mają własne serwisy z materiałami
wideo, wobec YouTube są sceptyczne. - Na razie nie widzimy w tym biznesowego sensu - mówi TVN. Polsat podobnie. Za wzór biorą amerykańskich kolegów - tam stacje ostrożnie współpracują z YouTube. Widzą potencjał serwisu, ale nie chcą dać
Google'owi za dużo, by nie okazało się, że koncern, który już zdominował internet, zaczął także im dyktować warunki.
Słaby punkt YouTube startował cztery lata temu z filmikami, w których główną rolę grał PJ, kot jednego z założycieli. W potencjał przedsięwzięcia szybko uwierzył Google: przejął garażową spółkę już rok po starcie za 1,65 mld dol. Przychody serwisu szacowano wówczas na zaledwie 15 mln dol.
YouTube to w sieci marka równa Coca-Coli. Największy serwis z filmami wideo, gdzie co minutę trafia 20 godz. nowych materiałów, miesięcznie odwiedza aż 400 mln internautów z całego świata. Już rok po starcie za 1,65 mld dol. kupił go Google. Mimo to YouTube ma słaby punkt - Google wciąż doń dopłaca, przekonując, że "już wkrótce" serwis będzie rentowny.
- Główny zarzut reklamodawców wobec YouTube jest taki, że oferuje stosunkowo mało jakościowych materiałów zamieszczonych zgodnie z prawem. A nie każdy reklamodawca chce się pojawiać przy amatorskich nagraniach - mówi Tomasz Rzepniewski, specjalista od e-reklamy z domu mediowego Mediaedge:cia.
Wśród najpopularniejszych filmików na YouTube znajdzie się klip z dwoma przytulającymi się osiołkami, człowiekiem, który potrafi wybałuszyć oczy tak, że niemal wyskakują z oczodołów, czy rozdziawi paszczę tak, że mógłby połknąć puszkę napoju. Albo z jakiegoś powodu kilkadziesiąt milionów osób obejrzy śmiejące się małe dziecko.
A jeśli nie ma gdzie się reklamować, pieniądze do YouTube nie płyną. Koło się zamyka.
Największą publiczność w YouTube gromadzą
muzyczne teledyski - np. Avril Lavigne, Rihanny czy polskiego rapera Sokoła. Mimo że profesjonalne nagrania umieszczane przez firmy współpracujące z YouTube (takich partnerów jest około tysiąca) to wciąż promil wszystkich klipów, reklamy przy nich przynoszą serwisowi ponad jedną trzecią wpływów.
Dlatego Google ich producentom obiecuje
złote góry. - YouTube można porównać do centrum handlowego - mówi "Gazecie" Anthony Zameczkowski, dyrektor strategiczny YouTube ds. współpracy m.in. z nadawcami i producentami w Europie. - Możesz mieć sklep poza centrum i na własną rękę przyciągać klientów. Możesz też prowadzić działalność w miejscu, które już odwiedzają miliony - zachęca.
Zameczkowski ostatni tydzień spędził na negocjacjach z firmami medialnymi w Polsce. Sypał przykładami - sprzedaż płyt DVD grupy Monty Pythona, która zaczęła współpracę z YouTube, skoczyła w sklepie Amazon.com o 23 tys. proc.! (Monty Python otworzył własny kanał z fragmentami programów i zachęca do kupna całości, a zaczął blokować skecze wrzucane przez internautów).
W wakacje dokumentalny film "Home" Luca Bessona miał jednoczesną premierę w kinie i w YouTube. Niedawno serwis podpisał umowę z brytyjską stacją Channel 4 - udostępniła wszystkie bieżące produkcje plus kilka tysięcy godzin archiwów. Tygodnik "Broadcast" napisał, że stacja sprzedała "całe rodowe srebra". Za co? Dostanie od Google'a część przychodów z reklam. Oraz - jak wiadomo nieoficjalnie - minimum 5 mln funtów rocznie w ciągu najbliższych trzech lat.
- Wszyscy byliśmy zaskoczeni tą transakcją - przyznawała "Gazecie" Roma Khanna, szefowa zagranicznych kanałów NBC Universal. - Google pokazał, że potrafi zdominować rynek. Jeśli uda mu się to zrobić także na tym polu, to mam tylko nadzieję, że nadal będzie cenić dostawców treści.
W
USA YouTube nie jest pupilem stacji telewizyjnych - NBC Universal, Fox i ABC stawiają na własny serwis Hulu.com, a Viacom wciąż się procesuje z Google'em. Z YouTube współpracują, ale głównie promując swoje programy. Nie chcą mu dać za dużo, by nie obudzić się z ręką w nocniku.
- Odniosłem wrażenie, że Google'owi strasznie się spieszy, już chcą podpisywać umowy - mówi "Gazecie" jeden z menedżerów, który spotkał się z Zameczkowskim. - Opowiadają wszystkim to samo: mamy Forda T z ekstrasilnikiem. Dajemy wam miejsce i milionową widownię za darmo. Ale to blef. Wiedzą, że bez naszych produkcji daleko nie zajadą - dodaje.
Kanał w YouTube od ponad dwóch lat ma TVP, ale traktuje go promocyjnie dla własnych audycji i serwisu tvp.pl. Lądują tam głównie zajawki. Podobnie Polsat, który udostępnił polskim internautom aplikację Ipla - pozwala na oglądanie programów Polsatu przez internet na komputerze, regularnie korzysta z niej ok. 700 tys. osób.
TVN, który zasłynął z hurtowego usuwania wrzucanych przez użytkowników materiałów z YouTube (np. fragmentów "Tańca z gwiazdami"), też się do YouTube nie pali.
- Na razie nie dostrzegamy biznesowego uzasadnienia dla uruchamiania własnych kanałów w YouTube - mówi Karol Smoląg, rzecznik TVN.
Zdaniem Rzepniewskiego do współpracy będą skłonne przede wszystkim stacje niszowe, np. Discovery - mają dobry program, lecz mniejszą widownię i najczęściej nie udostępniają w sieci własnego wideo. - To także kwestia pieniędzy, które przynosi nadawcom YouTube. W Polsce na początku nie będą to duże kwoty, bo cały rynek jest niewielki - mówi.
Zostań fanem serwisu Wyborcza.biz na Facebooku