Decyzję ma podjąć rozpoczynający się dziś szczyt Unii w Brukseli. - Jest szansa na to, żeby unijne rządy zgodziły się na taki fundusz.
Polska też - mówi "Gazecie" Mikołaj Dowgielewicz, minister ds. europejskich, szef Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej. Zastrzega jednak: - Warunek jest taki, że ten fundusz będzie zasilany nie z obowiązkowych składek, ale dobrowolnie. Każdy kraj da tyle, ile będzie mógł - mówi.
Polska - jak deklaruje Dowgielewicz - chce dać "do kilkudziesięciu milionów" euro rocznie. - Zaproponowaliśmy, żeby nasza składka była finansowana z dochodów ze sprzedaży polskich nadwyżek uprawnień do emisji CO2 w ramach systemu ONZ-owskiego - tłumaczy szef UKIE.
Pierwsze uprawnienia już się udało sprzedać: za 25 mln euro kupiła je
Hiszpania. Kolejne 15 mln euro zapłaci wkrótce
Irlandia. W kolejnych latach tych pieniędzy powinno być więcej. W ONZ-owskim systemie handlu uprawnieniami mamy nadwyżkę wartą nawet miliard dolarów. Rząd sugeruje, że na pomoc dla państw biednych mógłby wydawać nawet 10 proc. dochodów z tego tytułu.
Inne kraje Unii będą musiały płacić z własnych budżetów, ale i tak są nieco hojniejsze od Polski. Rząd Wielkiej Brytanii zadeklarował 884 mln euro przez trzy lata.
Uruchomienie funduszu pomocowego dla biednych - o ile szczyt w Brukseli o nim zadecyduje - ma być gestem wobec pozostałych uczestników toczącej się w Kopenhadze ONZ-owskiej konferencji klimatycznej.
Unia nie zdecyduje się za to na inny gest: szefowie państw i rządów nie ogłoszą jednostronnego zwiększenia swego celu redukcji emisji CO2 do 30 proc. Obecny, oficjalny cel Unii to 20-proc. redukcja do 2020 r.
Takiej deklaracji chciałoby kilka państw, np. kraje skandynawskie. - Ale na to zgody nie będzie! I Polska nie będzie jedynym krajem, który się sprzeciwi. Najpierw Komisja Europejska musi policzyć, co taka większa redukcja oznaczałaby dla naszych gospodarek - mówi Dowgielewicz.
Organizacje pozarządowe są taką postawą rozczarowane. - Polska powinna przestać być hamulcowym Europy i blokować podniesienie unijnego celu redukcji do 30 proc. - komentuje Robert Cyglicki, szef polskiego oddziału Greenpeace. - Zwiększenie celu redukcyjnego UE do 30 proc. to sygnał polityczny dla pozostałych państw. Jest formą zachęty. Kolokwialnie mówiąc, ktoś musi pierwszy wyciągnąć rękę, bo w przeciwnym razie strony będą tylko przerzucać się stwierdzeniami w rodzaju: "ustalimy redukcje dopiero wtedy, kiedy wy ustalicie swoje" - dodaje Wojciech Stępniewski z WWF.