Biznes Ludzie Pieniądze

Sprywatyzować giełdę po nowemu i w lepszym stylu

Tomasz Prusek
13.12.2009 , aktualizacja: 13.12.2009 19:45
A A A Drukuj
Dobrze, że giełdzie frankfurckiej nie sprzedano pakietu kontrolnego GPW. Ale źle się stało, że prezesowi Reto Francioniemu zamiast elegancko podać czarną polewkę na talerzu, chluśnięto nią prosto w twarz
Tomasz Prusek
Fot. Marcin Klaban / AG
Tomasz Prusek
Gdy blisko dwa miesiące temu rozpoczęliśmy na łamach magazynu "Biznes, Ludzie, Pieniądze" debatę o prywatyzacji warszawskiej giełdy, włożyliśmy kij w mrowisko. Okazało się, że strategia skarbu państwa, aby sprzedać pakiet kontrolny inwestorowi branżowemu, spotkała się z miażdżącą krytyką środowiska rynku kapitałowego, na czele z domami maklerskimi i inwestorami indywidualnymi. Obawiano się, że nowy inwestor doprowadzi do marginalizacji naszego parkietu, przeniesie notowania największych spółek do swojej centrali, zaniecha rozwoju albo zamknie nowe rynki, obligacji Catalyst i spółek innowacyjnych NewConnect, które pewnie jeszcze długo będą na minusie, ale odgrywają coraz ważniejszą rolę w gospodarce. Argumentowano, że prywatyzacja wielkich spółek, np. PZU i Taurona, jeszcze przed nami i podniosą one wartość naszego parkietu.

Mimo to proces sprzedaży GPW się toczył. Minister skarbu Aleksander Grad na liście chętnych miał największe giełdy świata: londyńską LSE, Nasdaq OMX oraz New York Stock Exchange Euronext i frankfurcką Deutsche Börse. Na złożenie wiążącej oferty zdecydowała się jedynie ta ostatnia, co podważyło sens całego procesu prywatyzacji, bo niby z czym minister miał porównać ofertę Deutsche Börse? Ano z niczym.

Już wówczas powinien elegancko wszystkim podziękować i ogłosić, że odstępuje od sprzedaży. Zamiast tego zażądał od Deutsche Börse uzupełnienia i uszczegółowienia oferty. Niemiecki inwestor dostał na to zaledwie kilka dni, zupełnie jakby sprawa dotyczyła wniosku kredytowego Kowalskiego na kilkaset tysięcy złotych, a nie wyłożenia na stół około miliarda złotych przez poważnego inwestora. Równie dobrze można by prezesowi Deutsche Börse Reto Francioniemu kazać uzupełniać ofertę na parapecie w resorcie skarbu. W tej sytuacji naprawdę nie dziwi, że Niemcy w ogóle nie przedstawili nowego dokumentu, a w prasie niemieckiej pojawiły się informacje, że prezes Francioni był "mocno wstrząśnięty" ceną, jaką zażyczył sobie resort skarbu.

Warto też pamiętać, że w świecie biznesu liczą się nie tylko pieniądze, ale także styl załatwiania interesów. W końcówce prywatyzacji GPW dobrego stylu zabrakło, o czym pewnie będą długo pamiętać szefowie największych giełd świata.

Podobny grzech towarzyszy prywatyzacji Enei, gdzie szwedzki Vattenfall wyłożył przed rokiem blisko 2 mld zł na akcje energetycznego koncernu i uzyskał miejsce w radzie nadzorczej koncernu. I wydaje się zupełnie zrozumiałe, że jeśli ktoś inwestuje miliardy, to chciałby mieć nadzór nad tym, co dzieje się z jego pieniędzmi. Tymczasem jedyny przedstawiciel Vattenfalla w radzie Enei został usunięty. Skarb państwa tłumaczył to potrzebą równego traktowania wszystkich potencjalnych kandydatów do przejęcia Enei. Efekt jest taki, że nie dość, że Enei nikt nie kupił, to jeszcze skarb znalazł się w konflikcie z drugim dużym akcjonariuszem w spółce kontrolującym blisko piątą część akcji. Takie działania podważają zaufanie zagranicznych inwestorów do polskiego rządu i zniechęcają do inwestycji. Idę o zakład, że to, co stało się z Vattenfallem w radzie Enei, i styl rozstania z Deutsche Börse przy prywatyzacji GPW nie uszły uwagi innych inwestorów. A warto pamiętać, że latem rząd ogłosił, iż do końca 2010 r. prywatyzacja ma dać budżetowi 36,7 mld zł.

W tej sytuacji nie dziwi, że rząd coraz przychylniej patrzy na prywatyzacje przez oferty publiczne (IPO). W taki sposób mają być właśnie sprzedane w nowym podejściu akcje GPW. Brak IPO w poprzedniej strategii prywatyzacji giełdy był fatalnym błędem. Siłę giełdy przez blisko 19 lat budowali inwestorzy indywidualni. Ich zaangażowanie w handel na parkiecie i udział w ofertach publicznych jest ewenementem na skalę europejską. Pozbawienie ich możliwości zakupu akcji swojej giełdy w IPO było bardzo niefortunnym pomysłem. Poza tym giełda powinna być notowana na własnym parkiecie ze względów czysto marketingowych. Przecież daje w ten sposób dobry przykład innym spółkom.

Ważnymi podmiotami w prywatyzacji powinny być też krajowe domy maklerskie, których biznes jest na śmierć i życie związany z powodzeniem GPW. Przecież musi im zależeć na jej rozwoju jako współwłaścicielom, bo jeśli nasz parkiet obumrze, to domy maklerskie padną, a maklerzy pójdą na bruk. Domy maklerskie gremialnie oprotestowały poprzednią strategię prywatyzacji, bo były przekonane, że nie ma sensu kupować akcji giełdy, jeśli na walnym zgromadzeniu i tak decydujący głos należałby do branżowego inwestora strategicznego, dla którego nie byłyby poważnymi partnerami, mając tylko mniejszościowe pakiety.

Przy nowej prywatyzacji GPW domy maklerskie nie powinny odwrócić się plecami i kupić akcje. Ale sprzedając im duże pakiety, resort skarbu powinien się tak zabezpieczyć, aby w przyszłości nie wpadły one w ręce inwestora branżowego, który kuchennymi drzwiami zawładnąłby naszym parkietem. Nie mam złudzeń, że maklerzy, którzy teraz głośno protestowali przeciwko wejściu inwestora strategicznego, sprzedaliby mu w przyszłości akcje GPW bez zmrużenia oka, gdyby dostali za nie duże pieniądze, mówiąc na koniec: cóż, "business is business".

Nowa koncepcja prywatyzacji wymaga od ministra skarbu dużej roztropności, aby nie wpadł z jednej skrajności w drugą i nie sprzedał akcji w ofercie publicznej jak popadnie, nie zabezpieczając interesów tej szczególnej dla gospodarki narodowej spółki. Ale od czego ma w końcu doradców, którzy biorą ciężkie pieniądze?

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos