Maciej Samcik: Niecały rok temu przestrzegał pan, że zbliżają się bardzo trudne i burzowe czasy dla polskiego sektora bankowego. Pomylił się pan, przeszło bokiem czy jeszcze powinniśmy się bać?
Mateusz Morawiecki: Jeśli część banków z trudem utrzymuje zyskowność, spora grupa innych pokazała po trzech kwartałach tego roku straty, a jeszcze rok temu zyski sektora bankowego sięgały 17 mld zł, to czy można udawać, że nic się nie stało? To, że nie przeżyliśmy większego załamania, jest zasługą antykryzysowych działań samych banków, władz, nadzoru finansowego, a także NBP, który uruchomił procedury wspomagające płynność banków. Gdyby tych działań nie było, kondycja sektora bankowego, a z nim całej gospodarki byłaby dzisiaj mizerna. Dzięki zdecydowanej reakcji władz i regulatorów na apele i ostrzeżenia bankowców możemy się teraz cieszyć sukcesem. Mam satysfakcję, że moje ostrzeżenia i wspólna z kilkoma kolegami aktywność w przekonywaniu władz do zastosowania niestandardowych rozwiązań pomogły Polsce uniknąć losu innych państw.
Czy polskie banki czeka krach szybkich kredytów? W niektórych bankach już co czwarty klient nie oddaje pieniędzy w terminie. Działy windykacji banków wpadają w panikę, niedawno wyszły na jaw nagrania rozmów bankowym windykatorów z zadłużonymi klientami - pełne chamskich odzywek i zastraszania. Czy będzie jeszcze gorzej?
- W Banku Zachodnim WBK na pewno nie ma takich praktyk. Nie mamy ani takich zwyczajów, ani też powodów do nerwowych reakcji. W kredytach gotówkowych istnieje proste przełożenie - gdy rośnie bezrobocie, a nie rośnie przeciętna pensja w gospodarce, pogarsza się spłacalność pożyczek. Każdy wzrost bezrobocia uderza w banki z kilkumiesięcznym opóźnieniem, przy czym z reguły zaczyna się od kredytów ratalnych, potem ludzie przestają spłacać kredyty gotówkowe i karty. W Banku Zachodnim WBK niespłacanych w terminie kredytów gotówkowych jest tylko 5 proc., wiem jednak o bankach, w których jest to już 13-15 proc. A spodziewam się, że te statystyki jeszcze się pogorszą. Odsetek niespłacanych w terminie kredytów gotówkowych może do połowy przyszłego roku wzrosnąć jeszcze o jedną trzecią.
Czy to może zagrozić sytuacji finansowej banków? Już dziś rezerwy na złe kredyty idą w miliardy złotych...
- Jeśli dany bank nie winduje marż kredytowych, to nawet przy 10 proc. niespłacanych w terminie kredytów ta część biznesu staje się nierentowna. Ale przy wysokich marżach na kredytach gotówkowych wraz z bardzo wysokimi opłatami i prowizjami można zarabiać nawet wtedy, gdy 15-17 proc. z nich nie jest spłacana. Nie sposób więc powiedzieć, że wszyscy na tym kryzysie kredytów gotówkowych stracą. Ale nie wykluczam, że niektóre banki wycofają się z nich, bo uznają, że to zbyt ryzykowne przedsięwzięcie.
Czy to, że banki udzieliły tak wielu nietrafionych drobnych pożyczek, to efekt błędów w ich strategiach?
- To nie tak. Po pierwsze, jeśli bank dobrze "skalibrował" parametry udzielanych pożyczek, to będzie na nich zarabiał nawet przy wysokiej tzw. szkodowości. Po drugie, odsetek niespłacanych kredytów można skutecznie ograniczać dzięki skrupulatnemu monitoringowi, który banki często zaniedbują. Jeśli bank skontaktuje się z klientem już po kilku, kilkunastu dniach od powstania zaległości, jest większa szansa, że uda się wyprowadzić sytuację na prostą, niż gdy bank "przypomni" sobie o kredycie np. dopiero po trzech, czterech miesiącach. Po trzecie, złych kredytów jest znacznie mniej w bankach, które koncentrują się na udzielaniu pożyczek własnym klientom. Odsetek niespłacanych kredytów wśród własnych klientów banków jest zwykle trzy razy niższy niż wśród nieznanych klientów. Jeśli bank dużo wie o swoim kredytobiorcy i dobrze zna jego historię kredytową, ryzyko znacznie spada.
Jaką nauczkę wyciągnie sektor bankowy z tego kredytowego kryzysu?
- Jestem przekonany, że kredyty gotówkowe będą w najbliższych miesiącach trochę mniej dostępne. Banki skoncentrują swoją uwagę na kliencie wewnętrznym, a w nadchodzącym roku najważniejszym instrumentem walki staną się konta osobiste.
No właśnie - od stycznia zgodnie z unijnym prawem będzie możliwe przenoszenie konta bankowego bez formalności. Spodziewa się pan dużego ruchu na rynku?
- Nie warto tej sprawy demonizować. Żadne prawo nie pokona przyzwyczajeń ludzi. Nie sądzę więc, aby czekała nas "wędrówka ludów". W branży telekomunikacyjnej też od jakiegoś czasu można przenosić numery bez formalności, a takich operacji nie jest zbyt wiele. Liczbę "krążowników", czyli osób nieustannie zmieniających banki, ocenia się w całym sektorze bankowym na 300 tys. osób rocznie. Po wprowadzeniu ułatwień może będzie ich trochę więcej - 350, może 400 tys. Ale choć rewolucji nie przewiduję, to jednak sądzę, że niebawem klienci otrzymają ze strony banków wiele bardzo ciekawych propozycji.
Czy w przewidywalnej przyszłości powróci bankowy wyścig na oprocentowanie depozytów? Rok temu za lokatę można było dostać nawet 10 proc., dziś w większości banków jest to 5-6 proc.
- Wojna depozytowa nie jest już może tak spektakularna i tak widoczna jak rok temu, ale cały czas trwa. Używając terminologii wojskowej, można powiedzieć, że z wojny błyskawicznej przerodziła się w pozycyjną. Przez co najmniej kilka najbliższych miesięcy niektóre banki raz po raz będą wyprowadzać najcięższe armaty, organizując promocje i ściągając pieniądze np. na 6 proc. rocznie. Powód? Banki nie zatrzymały akcji kredytowej, więc będą potrzebowały pieniędzy, bo wartość kredytów w sektorze bankowym jest większa od depozytów o 80 mld zł i niektóre banki cały czas odczuwają problemy z płynnością. Rynek międzybankowy wciąż kuleje, więc kieszenie klientów pozostają najważniejszym źródłem pozyskiwania pieniędzy.
A co z kredytami firmowymi? Czy banki wreszcie otworzą kramy z kredytami dla przedsiębiorstw?
- Nic nie wróci już do stanu sprzed kryzysu, ale rynek kredytów dla firm jest już względnie odblokowany. Byłoby znacznie lepiej, gdyby przedsiębiorcy mogli na dużą skalę korzystać z programów poręczeniowych Banku Gospodarstwa Krajowego (BGK). Nie spodziewam się jednak, że w najbliższych tygodniach odczujemy w tej sprawie jakąś radykalną poprawę.
Dlaczego?
- Wciąż nie możemy - nie tylko Bank Zachodni WBK, ale też cały sektor bankowy - wynegocjować z BGK dobrej, sprawnej umowy dotyczącej tzw. poręczeń portfelowych. Dzięki nim bank mógłby w ramach ustalonego limitu udzielać kredytów z poręczeniem skarbu państwa. Niestety, warunki proponowane przez BGK są nie do zaakceptowania. Cena poręczeń jest bardzo wysoka, między 2 a 3 proc. wartości poręczanej części kredytu. To oznacza, że za kredyt z poręczeniem przedsiębiorca musiałby płacić znacznie więcej niż za zwykły - nawet 11-14 proc. rocznie. Ile pomysłów biznesowych można skutecznie realizować przy tak wysokich kosztach? Sądzę, że niewiele.
Poza tym BGK chce rozliczać poręczenia, czyli sprawdzać wszystkie dokumenty, już na starcie, co przedłuży procedury kredytowe z kilku dni do kilku tygodni. My proponujemy, żeby to Bank Zachodni WBK wziął na siebie całą robotę papierkową, a BGK niech weryfikuje wszystko później, kiedy jakiś poręczany kredyt nie będzie spłacany. I oczywiście, jeśli jakiś zapis nie zostałby spełniony, to my wówczas byśmy za taki błąd ponosili pełną odpowiedzialność.