Jacek Pawlicki: XX wiek dla krajów bałtyckich był jak jazda na diabelskim młynie - najpierw niepodległość po I wojnie światowej, potem sowiecka okupacja, potem znów niepodległość na początku lat 90.
Toomas Hendrik Ilves, prezydent Estonii: -...Tak samo jak i dla Polski. Byliśmy na tym samym diabelskim młynie.
Prawie, bo po II wojnie światowej Polska była wprawdzie krajem satelickim ZSRR, ale Estonia pozostała jego częścią.
- A co się stało 17 września 1939 r.? Wasza wschodnia granica jest dziś prawie taka sama jak granica zatwierdzona paktem Ribbentrop-Mołotow.
Czy patrząc z tej historycznej perspektywy, można powiedzieć, że Estonia, dziś członek UE i NATO, jest już po bezpieczniej stronie?
- No cóż, powiedziałbym, że z wyjątkiem naszej wielkości znajdujemy się w tej samej sytuacji co Polska. Jesteśmy mniejsi, co trochę utrudnia sprawy, ale niepokoją nas te same rzeczy co Polskę.
Polska nie ucierpiała z powodu ostatniego kryzysu tak bardzo jak Estonia. W was kryzys uderzył w najgorszym momencie. Jakie mogą być tego polityczne konsekwencje?
- Sytuacja w Estonii jest inna niż w pozostałych krajach bałtyckich. Z naszych analiz wynika, że aby poradzić sobie ze spadkiem bezpośrednich inwestycji zagranicznych wywołanych kryzysem i eksplozją bańki na rynku nieruchomości, potrzebujemy stabilnej waluty - euro. Obcinamy więc wydatki tam, gdzie się da, aby sprostać kryteriom z Maastricht. Jak na razie mamy polityczne poparcie dla tej decyzji. Oczywiście ludzie jak to ludzie narzekają.
A czy macie poparcie z zewnątrz, ze strony krajów UE należących do Eurolandu?
- No cóż, uważamy, że musimy spełnić obiektywne kryteria. Nie chodzi o to, czy nas lubią, czy nie, ale czy cyfry są odpowiednie, czy też nie. Jeśli chodzi o UE, to liczy się jak - obiektywnie - sobie z czymś poradzimy. W 2009 r. będziemy mieli deficyt budżetowy poniżej 3 proc. Mam nadzieję, że ten budżet przejdzie. Z innymi wskaźnikami nie powinniśmy mieć problemu, więc powinniśmy przystąpić do euro w 2011 r.
Mówi pan o ważnych dla strefy euro cyfrach, ale ludzie mają większe problemy niż utrzymanie takich cyfr.
- Żeby deficyt budżetowy pozostał poniżej 3 proc., trzeba było ciąć wiele rzeczy - np. płace. Przeszliśmy przez wewnętrzną dewaluację (czyli zgodę na zubożenie społeczeństwa poprzez redukcję płac). Nie zdewaluowaliśmy waluty, ale obcięliśmy pensje w budżetówce o średnio 9 proc. Pensje w sektorze prywatnych zostały jeszcze bardziej zmniejszone. Zredukowaliśmy wszystkie usługi publiczne, aby osiągnąć niski deficyt.
I ludzie są niezadowoleni.
- No cóż, tak.
Nie obawia się pan niepokojów społecznych, czy jakiejś fali nostalgii za ZSRR?
- Nie. Nie ma takiej nostalgii w Estonii.
W Niemczech wschodnich, w których wiedzie się lepiej niż w Estonii, tęsknią za NRD...
- To samo można zaobserwować w kilku innych krajach, ale nie w Estonii, gdzie jest największy poziom poparcia dla UE spośród wszystkich krajów Unii i bardzo silne pragnienie, aby jak najszybciej oddalić się od sowieckiego życia.
Jesteście już chyba daleko.
- Chciałoby się być jeszcze dalej.