Biznes Ludzie Pieniądze

Estonia na diabelskim młynie

Rozmawiał Jacek Pawlicki
14.12.2009 , aktualizacja: 13.12.2009 20:45
A A A Drukuj
Przeszliśmy przez wewnętrzną dewaluację, czyli zgodę na zubożenie społeczeństwa poprzez redukcję płac. Nie zdewaluowaliśmy waluty, ale obcięliśmy pensje w budżetówce o średnio 9 proc. W sektorze prywatnym zostały jeszcze bardziej zmniejszone - mówi Toomas Hendrik Ilves, prezydent Estonii.
Toomas Hendrik Ilves, prezydent Estonii.
Toomas Hendrik Ilves, prezydent Estonii.
Jacek Pawlicki: XX wiek dla krajów bałtyckich był jak jazda na diabelskim młynie - najpierw niepodległość po I wojnie światowej, potem sowiecka okupacja, potem znów niepodległość na początku lat 90.

Toomas Hendrik Ilves, prezydent Estonii: -...Tak samo jak i dla Polski. Byliśmy na tym samym diabelskim młynie.

Prawie, bo po II wojnie światowej Polska była wprawdzie krajem satelickim ZSRR, ale Estonia pozostała jego częścią.

- A co się stało 17 września 1939 r.? Wasza wschodnia granica jest dziś prawie taka sama jak granica zatwierdzona paktem Ribbentrop-Mołotow.

Czy patrząc z tej historycznej perspektywy, można powiedzieć, że Estonia, dziś członek UE i NATO, jest już po bezpieczniej stronie?

- No cóż, powiedziałbym, że z wyjątkiem naszej wielkości znajdujemy się w tej samej sytuacji co Polska. Jesteśmy mniejsi, co trochę utrudnia sprawy, ale niepokoją nas te same rzeczy co Polskę.

Polska nie ucierpiała z powodu ostatniego kryzysu tak bardzo jak Estonia. W was kryzys uderzył w najgorszym momencie. Jakie mogą być tego polityczne konsekwencje?

- Sytuacja w Estonii jest inna niż w pozostałych krajach bałtyckich. Z naszych analiz wynika, że aby poradzić sobie ze spadkiem bezpośrednich inwestycji zagranicznych wywołanych kryzysem i eksplozją bańki na rynku nieruchomości, potrzebujemy stabilnej waluty - euro. Obcinamy więc wydatki tam, gdzie się da, aby sprostać kryteriom z Maastricht. Jak na razie mamy polityczne poparcie dla tej decyzji. Oczywiście ludzie jak to ludzie narzekają.

A czy macie poparcie z zewnątrz, ze strony krajów UE należących do Eurolandu?

- No cóż, uważamy, że musimy spełnić obiektywne kryteria. Nie chodzi o to, czy nas lubią, czy nie, ale czy cyfry są odpowiednie, czy też nie. Jeśli chodzi o UE, to liczy się jak - obiektywnie - sobie z czymś poradzimy. W 2009 r. będziemy mieli deficyt budżetowy poniżej 3 proc. Mam nadzieję, że ten budżet przejdzie. Z innymi wskaźnikami nie powinniśmy mieć problemu, więc powinniśmy przystąpić do euro w 2011 r.

Mówi pan o ważnych dla strefy euro cyfrach, ale ludzie mają większe problemy niż utrzymanie takich cyfr.

- Żeby deficyt budżetowy pozostał poniżej 3 proc., trzeba było ciąć wiele rzeczy - np. płace. Przeszliśmy przez wewnętrzną dewaluację (czyli zgodę na zubożenie społeczeństwa poprzez redukcję płac). Nie zdewaluowaliśmy waluty, ale obcięliśmy pensje w budżetówce o średnio 9 proc. Pensje w sektorze prywatnych zostały jeszcze bardziej zmniejszone. Zredukowaliśmy wszystkie usługi publiczne, aby osiągnąć niski deficyt.

I ludzie są niezadowoleni.

- No cóż, tak.

Nie obawia się pan niepokojów społecznych, czy jakiejś fali nostalgii za ZSRR?

- Nie. Nie ma takiej nostalgii w Estonii.

W Niemczech wschodnich, w których wiedzie się lepiej niż w Estonii, tęsknią za NRD...

- To samo można zaobserwować w kilku innych krajach, ale nie w Estonii, gdzie jest największy poziom poparcia dla UE spośród wszystkich krajów Unii i bardzo silne pragnienie, aby jak najszybciej oddalić się od sowieckiego życia.

Jesteście już chyba daleko.

- Chciałoby się być jeszcze dalej.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    12 głosów