Witold Orłowski: Wbrew temu, co się mówi, imigracja w długim okresie jest korzystna dla kraju, który przyjmuje przybyszy, a niekorzystna dla kraju, którego mieszkańcy wyjeżdżają żyć za granicę. Kiedy w XIX i XX w. miliony Europejczyków wyemigrowały do Ameryki, stało się to podstawą wspaniałego rozwoju, który uczynił z
USA światowe mocarstwo.
Kiedy w latach 2004-05 kilkaset tysięcy Polaków wyjechało na Wyspy, zyskała na tym brytyjska i irlandzka gospodarka, a my straciliśmy nieco szans na szybkie dogonienie zamożnego Zachodu. Paradoks, prawda? Zwłaszcza w Polsce, gdzie powszechna jest opinia, że nieskrępowany dostęp do rynku
pracy zachodniej części Unii stanowi jedną z większych korzyści, jaką nasz kraj odniósł z członkostwa.
Jednak
wzrost gospodarczy nie bierze się znikąd. Aby kraj był zamożniejszy, musi mieć lepszą technologię, więcej kapitału i więcej pracy. Więcej pracy to nie tylko więcej ludzi, ale także wymóg pracowitości, przedsiębiorczości, aktywności. A tak się składa, że to właśnie imigranci, którzy przybyli za chlebem, są zazwyczaj bardziej głodni sukcesu i gotowi do cięższej pracy niż nieco rozleniwieni rosnącym dobrobytem krajowcy.
Ma to zresztą inny, bardziej praktyczny wymiar. Na emigrację decydują się zazwyczaj ludzie młodzi, aktywni, gotowi do ryzyka. To właśnie ci, którzy są społeczeństwu najbardziej potrzebni. Kraje, z których ludzie masowo emigrują, szybciej się starzeją, co prowadzi do problemów demograficznych, a w konsekwencji do ciężkich problemów z utrzymaniem systemu emerytalnego i zabezpieczenia społecznego (w krajach przyjmujących imigrantów sytuacja demograficzna się poprawia).
Napływ imigrantów pozwala też na zmniejszenie napięć na
rynku pracy - takich jak choćby to, że w miarę bogacenia się społeczeństwa jest coraz mniej chętnych do wykonywania wielu potrzebnych, ale mało dochodowych i nieprzyjemnych prac, takich jak sprzątanie ulic czy wywożenie śmieci. To właśnie miejsce zazwyczaj zajmują na rynku imigranci, dzięki czemu koszty sprzątania nie rosną w niekontrolowany sposób. Słowem, kraj przyjmujący i zatrzymujący u siebie pracowników z zewnątrz zyskuje szansę szybszego rozwoju, a sami imigranci - szansę na lepsze życie.
No to dlaczego większość krajów wita chętnych do pracy szlabanem granicznym?
- Przyczyn jest wiele, część prawdziwych, a część zmyślonych. Skoro imigranci chętnie akceptują proste, gorzej płatne prace, zarobki nisko wykwalifikowanych pracowników rosną powoli. Argument ten jest zazwyczaj nadużywany, zwłaszcza przez związki zawodowe (które we współczesnym świecie coraz bardziej zmieniają się właśnie w organizacje niebroniące interesów wszystkich pracowników, ale właśnie tych nisko wykwalifikowanych).
Związki lubią mówić wówczas o tym, że imigranci "kradną" miejsca pracy mieszkańcom kraju. Do tego dochodzą liczne argumenty społeczne i kulturowe, zwłaszcza tam, gdzie imigrantom trudno jest zintegrować się z resztą społeczeństwa.
No i wreszcie argument koronny, choć często nieco naciągany. Imigranci należą zazwyczaj do najuboższych grup społeczeństwa, często sfrustrowanych, wyobcowanych i pozbawionych dobrych perspektyw. A to oznacza, że w ich kręgach łatwiej szerzy się przestępczość.
Jednak cały rachunek opłacalności przyjmowania imigrantów zmienia się, kiedy przyjeżdżający nie chcą uczciwie pracować, ale jedynie "załapać się" na zasiłki, zatrudniać się tylko na czarno albo wręcz zajmować się działalnością nielegalną lub pasożytniczą (żebractwem, kradzieżą, przemytem). Nie można być ślepym - takie rzeczy też się zdarzają. A im bardziej państwo przyjmujące jest wobec nich bezradne, tym bardziej rachunek opłacalności przyjmowania imigrantów zmienia się na niekorzyść.
Czy więc warto mnożyć przeszkody dla wschodnich sąsiadów? Nie, warto starać się, by
pracę tę jak najbardziej ucywilizować. Dobrze, by pracownicy ze Wschodu byli objęci podstawowymi prawami pracowniczymi i ubezpieczeniem. A ci, którzy zechcą zostać tu na stałe, mogli zintegrować się ze społeczeństwem i wzbogacać jego kulturę. Ścigać zaś należy tylko tych, którzy nie przyjechali tu po to, by pracować.