Frank i Kathleen z amerykańskiej komedii "Masz wiadomość" kłócą się w kinie. Ktoś siedzący przed nimi zwraca im uwagę. Frank, wygadany recenzent nowojorskiego magazynu, mówi: - Lecą reklamy, właśnie śpiewa hot dog. Naprawdę chce pani posłuchać, jak śpiewa hot dog?
W polskiej telewizji hot dogi śpiewają głośniej niż w amerykańskim kinie i narzekamy na to od lat. Sprawą kilkakrotnie zajmował się rzecznik praw obywatelskich, mierzyła się z nią KRRiT - do tej pory bezskutecznie. W przerwach reklamowych nadal musimy sięgać po pilota, jeśli nie chcemy ogłuchnąć. Stacje twierdzą, że dostają taki a nie inny materiał z agencji reklamowych, które manipulują częstotliwościami dźwięku. Te pasma, które ludzkie ucho odbiera lepiej, są "podkręcone" i reklama jest głośniejsza, choć nie wychwytują tego urządzenia pomiarowe.
Jednak KRRiT się nie poddaje i chwała jej za to. W marcu departament techniczny Rady przygotował specjalny algorytm pomiaru dźwięku, pozwalający wychwycić manipulacje, i doskonalił go przez kolejne miesiące. Teraz Rada chce uchwalić rozporządzenie i nakazać stacjom sprawdzenie algorytmem każdej reklamówki. O tym, że rozporządzenie z półrocznym vacatio legis ma być dziś przyjęte, poinformował "Dziennik Gazeta Prawna".
Stacje zostaną zmuszone do dopasowania poziomu dźwięku reklam do poziomu dźwięku aktualnie nadawanego programu. Oznacza to, że jeśli reklama będzie przerywała cichą scenę erotyczną w filmie, będzie musiała być równie cicha. Jeśli zostanie nadana w trakcie koncertu rockowego, będzie głośniejsza. - Ale na tle głośnego koncertu nie będzie nam to przeszkadzało - zapewnia Witold Kołodziejski, przewodniczący KRRiT. Według niego istnieje sprzęt, który pozwala automatycznie dopasowywać głośność reklam do głośności programu. - Eksperymentowało z nim Laboratorium Dolby - dodaje szef KRRiT.
- Nie ma takiego sprzętu - zaprzeczają nadawcy. - Będziemy musieli posadzić człowieka, który będzie czuwał nad emisją i na bieżąco dopasowywał głośność przerwy reklamowej do głośności nadawanego programu.
KRRiT będzie upominać tych, którzy będą puszczali za głośne reklamy. A jeśli stacje się nie podporządkują, będą im grozić takie kary, jak za nadawanie niezgodnych z prawem reklam - maksymalna grzywna to do 50 proc. opłaty rocznej za używanie częstotliwości lub do 10 proc. przychodów. - Jeśli ktoś będzie oporny, pójdziemy do sądu - mówi szef KRRiT.
I tu pojawia się problem, bo sąd zażąda od Rady dowodów, i to kosztownych. Wyłapywanie głośnych reklam za pomocą algorytmu będzie wymagało od Rady zakupu takiego samego sprzętu, jaki mają stacje. A to będzie kosztowało - według nieoficjalnych informacji - co najmniej 150 tys. zł netto plus koszt etatu dla pracownika, który będzie obsługiwał urządzenie. Czy Rada ma na to pieniądze? Jej szef nie odpowiada na to pytanie. - Nie, ale pracujemy nad
budżetem na przyszły rok - odpowiada nieco enigmatycznie jeden z członków Rady proszący o anonimowość. Jednak to nie wszystko. Żeby przedstawić w sądzie nagrania zbyt głośnych reklam, Rada będzie musiała założyć również własny monitoring programów telewizyjnych. Obecnie korzysta z usług zewnętrznych firm badawczych, ale te - podobnie jak same stacje - nagrywają nadane programy w takim formacie, żeby zajmowały jak najmniej miejsca na dysku, a to oznacza, że zarówno jakość obrazu, jak i dźwięku tych nagrań poważnie różni się od oryginału.
Przewodniczący KRRiT zapewnia, że monitoring "nie jest żadnym problemem". - Reklamy, na które skarżą się widzowie, możemy nagrać sami na zwykłą nagrywarkę cyfrową i będziemy mieli dowód w sądzie. Nie będziemy prowadzili monitoringu całodobowego, chodzi o sprawdzanie stacji na wyrywki. Z czasem nadawcy poczują się nadzorowani i zmienią swoją politykę - przekonuje.
Miejmy nadzieję, że tak będzie. Bo jeśli nie, to KRRiT może sobie włożyć nowe rozporządzenie do... uszu. Wtedy reklamy już nie będą takie głośne.