- Kiedy sektor bankowy był w potrzebie, amerykańscy podatnicy nie odmówili mu nadzwyczajnej pomocy. Teraz, kiedy wasze banki znów są w dobrej kondycji, musicie wesprzeć odbudowę całej gospodarki - oświadczył prezydent Barack Obama podczas poniedziałkowego spotkania z szefami największych amerykańskich instytucji finansowych.
Przypomniał im o spoczywającej na nich odpowiedzialności za stan gospodarki USA i zaapelował o zwiększenie akcji kredytowej przede wszystkim w stosunku do małych i średnich firm. Bankowcy mieli przygotowane deklaracje. Bank of America zapowiedział, że w przyszłym roku pożyczy firmom o 5 mld dol. więcej, niż w tym. Takie samo zobowiązanie przyjął na siebie JP Morgan Chase. Wells Fargo oświadczył, że w 2010 r. o 25 proc. zwiększy finansowanie firm, których roczne dochody nie przekraczają 25 mln dol. Problem w tym, że siła oddziaływania Białego Domu na sektor bankowy coraz wyraźniej słabnie. Rok temu prezesi pielgrzymowali do Waszyngtonu, żeby prosić o wsparcie finansowe, które pozwoliłoby im przetrwać rynkowe turbulencje po upadku Lehman Brothers. Teraz o takiej postawie nie ma już mowy: wczoraj dwa ostatnie banki, Citigroupi Wells Fargo, zwróciły ministerstwu skarbu kryzysową pożyczkę.
Goldman Sachs i JP Morgan, które oddały Waszyngtonowi pieniądze w pierwszej połowie roku, zapowiedziały już, że w tym roku wypłacą swoim pracownikom rekordowo wysokie premie. Szefowie Goldman Sachs, Morgan Stanley i Citigroup nawet nie pojawili się na poniedziałkowym spotkaniu z prezydentem: zamiast przylecieć do Waszyngtonu dzień wcześniej odkładali podróże do ostatniej chwili i ostatecznie nie dolecieli z powodu mgły.