Brokenhaga - tak o szczycie ONZ w Kopenhadze mówią organizacje pozarządowe. To
gra słów: broken to po angielsku "złamane". I tak - zdaniem ekologów - trzeba mówić o stanie negocjacji klimatycznych.
Głównie za sprawą
USA i Chin, które we wtorek zaczęły obrzucać się oskarżeniami o to, kto powinien wziąć na siebie największy ciężar redukcji emisji CO2. I kto powinien pokryć gospodarczy koszt ograniczeń, zwłaszcza w krajach rozwijających się.
Naukowcy mówią, że do 2020 r. trzeba zmniejszyć emisje nawet o 30 proc. Tymczasem USA proponują... 3 proc. (w stosunku do poziomu emisji z 1990 r.), zaś
Chiny nie wykluczają nawet faktycznego zwiększenia emisji, tłumacząc, że jedyne, co są w stanie zrobić, to ograniczyć "energochłonność" swojego przemysłu o mniej więcej połowę. - Nasze propozycje ograniczenia emisji gazów cieplarnianych nie podlegają dyskusji - stwierdził Yu Qingtai, chiński ambasador ds. klimatycznych. - Nadal uważamy, że to państwa rozwinięte mają obowiązek zapewnić wsparcie finansowe - dodał Jiang Yu, rzecznik chińskiego MSZ.
- My nie zwiększymy naszego celu redukcji emisji gazów cieplarnianych - odparował Todd Stern, szef amerykańskiego zespołu negocjacyjnego. A sekretarz stanu Hillary Clinton w tekście opublikowanym w "International Herald Tribune" dorzuciła: - Rzeczywistość jest bardzo prosta. Praktycznie cały wzrost emisji w ciągu najbliższych 20 lat nastąpi w państwach rozwijających się.
Jako że bez udziału Chin i Stanów Zjednoczonych porozumienie klimatyczne traci sens, szczyt w Kopenhadze stanął przed groźbą klęski. Wszyscy już pogodzili się z tym, że w stolicy Danii nie uda się przyjąć tekstu nowego traktatu międzynarodowego - ale teraz pojawiła się groźba, że nie uda się tam przyjąć nawet wspólnej politycznej deklaracji. - Nie będę ukrywała, że zaczynam się denerwować - przyznała niemiecka kanclerz Angela Merkel.
Próbując ratować negocjacje, Merkel oraz prezydent USA Barack Obama, prezydent Francji Nicolas Sarkozy i premier Wielkiej Brytanii Gordon Brown zorganizowali sobie we wtorek 50-minutową telekonferencję. Razem zastanawiali się, jak uniknąć porażki. Swój plan ma Sarkozy: proponuje, by USA wyłożyły 10 mld euro dla państw najbiedniejszych na lata 2010-12. W tym samym okresie państwa Unii Europejskiej mają przekazać 7,2 mld euro, zaś
Japonia - około 8 mld euro.
Od wczoraj trwają rozmowy na wyższym, ministerialnym szczeblu. Zaś od środy do Kopenhagi zaczynają przyjeżdżać szefowie państw i rządów. Kulminacyjny moment negocjacji ma nastąpić 18 grudnia.