Rozporządzenie zawiera specjalny algorytm, który Międzynarodowa Unia Telekomunikacyjna (ITU) zaleciła swoim krajom członkowskim. Nadawcy będą musieli używać go dopasowując poziom głośności reklamy do średniego poziomu głośności swoich stacji. Ponadto rozporządzenie obliguje ich do dopasowania głośności reklamy do aktualnie nadawanego programu. Ten punkt budzi najwięcej kontrowersji, gdyż oznacza w praktyce, że blok reklamowy będzie musiał być tak samo cichy jak scena w filmie, którą właśnie przerwano. Reklama przerywająca hałaśliwy koncert muzyczny będzie mogła być z kolei głośniejsza. W tym celu stacje będą musiały zatrudnić techników, którzy będą na bieżąco regulowali głośność bloków reklamowych.
Na wydatki musi przygotować się także sama Krajowa Rada. Jak powiedział nam jej przewodniczący Witold Kołodziejski, zakup specjalnego sprzętu do pomiaru głośności reklam i monitoringu oraz utrzymanie na etacie pracownika do jego obsługi będzie kosztowało ok. 300 tys. zł rocznie. W tym roku
budżet KRRiT wyniósł nieco ponad 14 mln zł i nie pozwala na takie inwestycje. Rada wnioskuje o więcej pieniędzy, ale sejmowa komisja kultury i środków przekazu nie jest przychylna. Bez sprzętu Rada nie będzie mogła egzekwować rozporządzenia.
Nadawcy będą mieli pięć miesięcy na przygotowanie się do nowych przepisów. Za niestosowanie się do rozporządzenia będą im grozić kary grzywny. Do tej pory stacje ignorowały skargi widzów na głośne reklamy i twierdziły, że wina leży po stronie agencji reklamowych, które "podkręcają" dźwięk w reklamówkach.
Józef Birka z rady nadzorczej Polsatu uważa, że rozporządzenie Rady pomoże stacjom porozumieć się z reklamodawcami. - Stworzono podstawy prawne, których reklamodawcy muszą przestrzegać. Jeśli nadal będą podkręcać dźwięk, a my będziemy za to karani, wliczymy to w ceny reklam - mówi Birka.
Zgadza się z nim Jakub Bierzyński, szef grupy domów mediowych OMD, i dodaje, że skuteczność głośnych reklam jest iluzoryczna. - Jedni mówią, że dzięki temu reklamę słychać nawet w kuchni. Inni mówią, że to drażni ludzi, więc wyłączają dźwięk albo przełączają się na inny kanał i tyle ich widzieliśmy. Osobiście uważam, że podbijanie dźwięku w reklamach było głupim pomysłem - podsumowuje Bierzyński.