Rundę finalną negocjacji klimatycznych 120 przywódców światowych miało zacząć dopiero w piątek rano, ale rozmowy toczyły się już w czwartek po południu, jeszcze bez udziału prezydenta
USA Baracka Obamy.
W czwartek wieczorem wyglądało na to, że negocjacje klimatyczne utknęły w martwym punkcie i że ONZ-owski szczyt klimatyczny może nie zakończyć się niczym konkretnym.
Spór koncentrował się wokół trzech punktów. Po pierwsze, jaką formę powinno mieć porozumienie? Kraje biedne chcą, aby po prostu prolongować protokół z Kioto i wstawić do niego nowe liczby. To byłoby dla nich korzystne, bo protokół nie nakłada zobowiązań na państwa biedne, wszystkie redukcje emisji gazów cieplarnianych pozostawiając Zachodowi. Kraje bogate wolą stworzyć nowy traktat, który zawierałby także zobowiązania dla krajów biednych.
Kłopot drugi: jak "rozdzielić" ograniczenia emisji CO2 ? Naukowcy alarmują, że do 2020 r. emisje tego gazu powinny być zredukowane na całym świecie o 25-40 proc. w stosunku do poziomu z 1990 r. Tymczasem nawet Unia i Japonia (gotowe na największe wyrzeczenia) mówią dziś tylko o 20-proc. redukcji. Zaoferowałyby 30 proc., gdyby podobnie uczyniły inne potęgi gospodarcze. Tymczasem USA proponują redukcję... 4-proc., a
Chiny i
Indie jeszcze mniejszą. A w dodatku nie godzą się, by "ich" redukcje były weryfikowane przez niezależnych obserwatorów (a tego domagają się USA).
Trzecią sprawą jest to, ile pieniędzy dać krajom biednym? Na lata 2010-12 Unia daje 7,2 mld euro, Japonia - 19,5 mld dol. W czwartek amerykańska sekretarz stanu Hillary Clinton zadeklarowała, że USA wezmą udział w tworzeniu 100-miliardowego funduszu pomocowego na kolejne dekady. Jednak nie podała, ile dadzą USA. Konkretną obietnicę ma przywieźć sam Obama.
W finalnej rundzie negocjacji weźmie udział premier Donald Tusk. To pewnie jeden z niewielu polityków, którzy wyjadą z Kopenhagi zadowoleni, bo
Polska jest na najlepszej drodze, aby uzyskać zgodę innych rządów na przedłużenie o kolejne lata możliwości sprzedaży ONZ-owskich uprawnień do emisji CO2 (znanych jako AAU's). Mamy ich nadwyżkę wartą prawie miliard dolarów.
- Polska przygotowała swoja propozycję. Reszta krajów UE nie jest zainteresowana tą kwestią. Brak dyskusji w Unii oznacza brak pozycji UE, a tego właśnie domaga się Polska, bo efektem będzie automatyczne przedłużenie starych reguł sprzedaży AAU's - wyjaśnia "Gazecie" jeden z polskich uczestników szczytu w Kopenhadze proszący o anonimowość.
Jak dowiedziała się "Gazeta", w czwartek wieczorem premier Donald Tusk wziął udział w spotkaniu z udziałem m.in. kanclerz Niemiec Angeli Merkel i prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy'ego. Zapadła decyzja, że dla ratowania negocjacji w Kopenhadze kraje UE będą mogły dobrowolnie ogłosić większe redukcje emisji CO2 niż dotąd obowiązujące 20 proc. Przykładowo, Szwedzi i
Niemcy będą mogli ogłosić, że zredukują emisje CO2 o 30 proc. - Polska nie będzie tym jednak zobligowana, bo oficjalny cel redukcji dla całej Unii pozostanie bez zmian. Nasza gospodarka będzie chroniona - mówi "Gazecie" minister ds. europejskich Mikołaj Dowgielewicz.