Jeszcze miesiąc temu sytuacja rodzimych producentów wyglądała źle: unijny komitet ds. antydumpingu odrzucił propozycję Komisji Europejskiej, by przez kolejne 15 miesięcy utrzymać stawki zaporowe na tanie obuwie z Azji. Cła na buty z Chin i Wietnamu (odpowiednio 16 i 10 proc.) obowiązywały od 2006 r. Wprowadzono je, by chronić europejskich producentów przed nieuczciwą konkurencją. Średnia hurtowa cena azjatyckich butów to zaledwie 8 euro. Chińscy i wietnamscy producenci mogli stosować takie stawki, bo ewentualne straty odbijali sobie na własnym, chronionym rynku.
Po niekorzystnej decyzji komitetu
Polska wraz z Włochami, Hiszpanią, Portugalią i Rumunią zaczęła intensywny lobbing. I udało się: w ostatniej instancji, na szczeblu Rady Unii Europejskiej,
Niemcy z Austrią i Maltą zmieniły stanowisko i przestały popierać pomysł zniesienia ceł. Wbrew interesem niemieckich koncernów obuwniczych - Pumy i Adidasa.
Zdaniem przedstawicieli rządu taka zmiana stanowiska Niemiec była gestem dobrej woli ze strony Berlina. - Przekonaliśmy ich argumentem, że w UE musi obowiązywać solidarność. I że nie można doprowadzić do likwidacji produkcji w Europie - mówi "Gazecie" wiceminister gospodarki Marcin Korolec.