Dzisiejsze zasady obliczania rent są zupełnie niedopasowane do nowego systemu emerytalnego i w przyszłości renty mogą się okazać wyższe od emerytury. Polacy rzucą się więc na renty zamiast pracować na emeryturę przez wiele lat. A to z kolei rozsadzi
budżet.
Dlatego ustawa, odrzucona przez prezydenta, zakładała, że nowe renty będą zależeć od składek, zgromadzonych przez każdego z nas na indywidualnym koncie emerytalno-rentowym. Takie rozwiązanie oznaczałoby duże problemy dla osób, które poszłyby na rentę po bardzo krótkim okresie pracy, bo na ich kontach byłoby bardzo mało pieniędzy. I ZUS wypłacałby im bardzo małe pieniądze. Na to nie zgodził się prezydent. Nie podobało mu się także i to, że generalnie wszystkie renty by zmalały.
Rząd szykuje więc kolejne podejście do drażliwego tematu. Zaproponuje zapewne minimalną rentę osobom, które nie uzbierały dość pieniędzy na swoim koncie składkowym. Jednocześnie rząd rozważał podniesienie składki rentowej dla najlepiej zarabiających. Dziś najzamożniejsi Polacy, gdy ich dochód przekroczy 30-krotność średnich zarobków (ok. 95 tys. zł), przestają płacić składki rentową i emerytalną. Dotyczy to osób, które zarabiają ponad 8 tys. zł miesięcznie. Próg ten miał chronić nasz system ubezpieczeniowy głównie przed wypłacaniem w przyszłości zbyt wysokich emerytur, na które
budżetu nie będzie stać. Nasze emerytury mają bowiem zależeć od tego, ile wpłaciliśmy składek do
OFE i ZUS. Dlatego rząd - przerażony narastającym długiem publicznym - rozważał zniesienie tego limitu jedynie w przypadku składki rentowej.
Pomysł, aby znieść limit 30-krotności został przez wielu ekonomistów skrytykowany, bo oznaczałoby to nowy haracz od najbogatszych. Ale jeśli zniesienie albo chociażby podniesienie tego limitu byłoby połączone ze zmianą naliczania rent, to byłby to wariant bardziej uczciwy. Płacąc większą składkę rentową, dobrze zarabiający Polacy mogliby liczyć na stosunkowo wyższe renty w razie potrzeby.
A przy tym prezydent miałby kłopot z zawetowaniem takiej ustawy. Zawsze głosił hasło "
Polska solidarna", a teraz nie chce godzić się na podniesienie składki rentowej dla bogatych, i to w tak trudnych czasach? Z punktu widzenia wizerunku byłoby to fatalne posunięcie. Jednocześnie zachętą dla prezydenta byłoby ustalenie wspomnianej renty minimalnej. Podobne argumenty mogłyby też przekonać Lewicę do poparcia tych rozwiązań.
Przeprowadzenie tego planu przyniosłoby
budżetowi oszczędności idące w miliardy złotych. A te oszczędności są dziś na wagę złota, bo grozi nam przecież przekroczenie progów ostrożnościowych dotyczących długu publicznego.