Biznes Ludzie Pieniądze

Bank Gospodarstwa Krajowego udziela tyle poręczeń co kot napłakał

Nina Hałabuz, Maciej Samcik
18.12.2009 , aktualizacja: 18.12.2009 21:00
A A A Drukuj
Dzięki systemowi poręczeń do firm miało popłynąć nawet 20 mld zł nowych kredytów. Na razie efekty są mizerne - BGK udziela średnio półtora poręczenia miesięcznie
Poręczenia i gwarancje kredytowe Banku Gospodarstwa Krajowego miały być patentem rządu Donalda Tuska na przełamanie kredytowego impasu. Pomysł był prosty: skoro firmy potrzebują kredytów, a banki nie chcą ich udzielać - bojąc się, że pożyczonych pieniędzy potem nie odzyskają - trzeba je ośmielić dodatkowymi gwarancjami. Dzięki nim banki miałyby pewność, że jeśli firma wpadnie w kłopoty, to jej zobowiązania finansowe spadną na BGK, który pełni rolę żyranta. Gwarancje i poręczenia (obydwa instrumenty są bardzo zbliżone, różnią się tylko szczegółami) miały uruchomić potężny strumień pieniędzy - rząd szacował, że firmy będą mogły pożyczyć nawet 20 mld zł.

Ale pół roku od utworzenia program poręczeń nadal nie działa. Od lipca BGK zagwarantował raptem dziewięć kredytów, a łączna wartość poręczeń to 4 mln zł. O tzw. poręczeniach portfelowych, które miały odmrozić pożyczki dla małych i średnich firm, w ogóle nie ma mowy. Gdzie tkwi problem? - Warunki proponowane przez BGK są nie do zaakceptowania. Cena poręczeń jest bardzo wysoka, między 2 a 3 proc. wartości poręczanej części kredytu. To oznacza, że za kredyt z poręczeniem przedsiębiorca musiałby płacić nawet 11-14 proc. rocznie - skarży się Mateusz Morawiecki, prezes BZ WBK. Wtóruje mu Sławomir Sikora, prezes Citi Handlowego: - Nie można popadać w samozadowolenie tylko dlatego, że polska gospodarka, w przeciwieństwie do naszych sąsiadów w regionie, jest na plusie. Bez sprawnego systemu poręczeń wiele firm nie będzie miało szans na finansowanie bieżącej działalności i inwestycji - ostrzega.



Bankowcy narzekają też, że BGK chce tak dokładnie prześwietlić każdy wniosek, że procedury ciągną się tygodniami. - My mamy własne, bardzo restrykcyjne procedury oceny zdolności kredytowej, ale i tak BGK chce wszystko sprawdzić na własną rękę. W efekcie nawet te firmy, które są chętne na gwarancje, wycofują się, bo nie chcą czekać - mówi przedstawiciel jednego ze znanych z konserwatyzmu banków. Prezes Morawiecki zapewnia, że podobne obiekcje mają szefowie wszystkich dużych banków. - Teraz, gdy polska gospodarka nadal znajduje się w trudnej sytuacji, wpompowanie w rynek 20 mld zł gwarancji, czyli około 50 mld zł nowych kredytów, miałoby rewelacyjny wpływ na konkurencyjność firm - mówi.

Przedsiębiorcy też mają wiele zastrzeżeń do systemu gwarancji kredytowych. Janusz Zieliński z ramienia Business Center Club, wypunktowuje po kolei: •  nadmiar biurokracji przy składaniu wniosku kredytowego, •  brak promocji (przedsiębiorcy nawet nie wiedzą o tym, że mogą się o gwarancje BGK ubiegać), a przede wszystkim •  konieczność uzyskania tzw. ratingu (czyli oceny wiarygodności kredytowej), który dla małych i średnich przedsiębiorstw stanowi barierę nie do przeskoczenia.

Ale najważniejszą przeszkodą okazała się cena gwarancji: - W przypadku pięcioletniej gwarancji firma musi za nią zapłacić nawet 10 proc. gwarantowanej kwoty - wskazuje Zieliński. - Na takich warunkach banki są w stanie same udzielać gwarancji i nie potrzebują pomocy publicznej - stwierdza Tomasz Kierzkowski, dyrektor departamentu klientów biznesowych Banku Pekao. Tłumaczy, że jeśli firmy mają płacić 2,5 proc. rocznie za gwarancję kredytową i do tego ponieść koszt samych kredytów, to wiele przedsięwzięć przestaje się kalkulować. Więc z nich rezygnują.

Kierzkowski zwraca też uwagę na to, że rząd, tworząc nowy system poręczeń i gwarancji, zlikwidował poprzednie, sprawdzone instytucje - np. Fundusz Poręczeń Unijnych. FPU powstał 5 lat temu i udzielał gwarancji kredytowych firmom, które dostały dotacje z UE, ale do realizacji projektu potrzebowały jeszcze pożyczki bankowej. Fundusz utworzono za pieniądze banków: trafiała do niego część odsetek z oprocentowania tzw. rezerw obowiązkowych przechowywanych w banku centralnym. Opłaty za poręczenia były niskie: firmy jednorazowo płaciły od 0,5 do 1,5 proc. wartości udzielonego kredytu. Rząd wrzucił pieniądze z FPU do nowego systemu poręczeń, które okazały się tak drogie, że firmy przestały z nich korzystać. - To nie były pieniądze publiczne, tylko pieniądze banków. Ich przejęcie było formą nacjonalizacji - mówi Kierzkowski.

Przedstawiciele BGK w rozmowach z "Gazetą" tłumaczą, że bank na opłatach za udzielane poręczenia nie zarabia, a pokrywają one tylko koszty obsługi i ryzyko związane z ich udzielaniem. Ale zapewniają, że w BGK trwa obecnie analiza funkcjonującego systemu poręczeń w celu wypracowania modelu odpowiadającego potrzebom przedsiębiorców.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy