Na reprezentacyjnej ulicy milionowego Doniecka noszącej miano towarzysza Artioma - bohatera bolszewików z czasów wojny domowej - symptomów kryzysu nie widać. Najważniejsze dzielnice są czyste, reprezentacyjne budynki świecą nowymi elewacjami. Nie ma jak w USA sklepów w trakcie likwidacji, nie ma ulicznych protestów czy demonstracji. Tylko trzydniowy strajk nieopłaconych budowniczych donieckiego metra przypomniał niedawno o tym, że władze drugiego po Kijowie najbogatszego miasta Ukrainy tną wydatki gdzie się da.
Trudno znaleźć tu rodzinę, która nie ucierpiałaby na kryzysie. W metalurgii, która dla Ukrainy jest tym, czym gaz i ropa dla Rosji (daje ponad 20 proc. PKB), zwolniono kilka tysięcy osób. Jeszcze więcej wysłano na bezpłatne urlopy, żeby nie drażnić rządu. Przez pół roku ludzie nie mieli dostępu do swoich oszczędności w bankach, dramatycznie wzrosły koszty branych w walucie kredytów (innych nie było) - kurs hrywny spadł o 50 proc. W pierwszych dwóch kwartałach 2009 r. PKB skurczyło się aż o 20 proc.
Wybory, czyli obietnice
Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że miasto żyje kampanią wyborczą. 27 stycznia Ukraina wybierze prezydenta.
Wjeżdżających od strony lotniska wita ogromny billboard: "Donieck popiera Wiktora Janukowycza i Partię Regionów". Reklamy Janukowycza są wszędzie. Starszym obiecuje godne emerytury, młodszym - dostęp do wykształcenia i pracy, przedsiębiorcom - ulgi podatkowe. Billboardy są w większości dwujęzyczne - w Kijowie ukraińskie hasła są pisane większymi literami niż te po rosyjsku, w rosyjskojęzycznym Doniecku odwrotnie. Premier Julia Tymoszenko, czyli główny konkurent Janukowycza, stawia na prostotę: "Ona da radę. Ona - to Ukraina" - zachęcają liczne billboardy Tymoszenko.
Tylko plakatów obecnego prezydenta Wiktora Juszczenki jest niewiele. Wieszanie ich w Doniecku to strata pieniędzy. Kiedy kilka miesięcy temu oficjalnie otwierano Donbas Arena, stadion Szachtara Donieck, ponad połowa z 50 tys. ludzi gwizdała w trakcie przemówienia Juszczenki. - Cóż, przekonali się, że akustyka jest tu rzeczywiście znakomita. Nie pochwalam tego, ale kiedy jakiś czas potem otwierano stadion w Charkowie, Juszczenko też został gremialnie wygwizdany. O czymś to świadczy - mówi z przekąsem 22-letni Ołeksandr, na co dzień pracownik Szachtara.
Kiepska opinia o liderach pomarańczowej rewolucji jest w Doniecku powszechna. Można jej wysłuchać nie tylko od sierot po ZSRR, ale także elity - świetnie wykształconych menedżerów znających języki i Zachód. - Wiem, że w Polsce Juszczenko i Tymoszenko byli bohaterami - tłumaczy mi Julia, dyrektorka jednej z wielkich donieckich firm. - Ja jestem za integracją Ukrainy z UE, ale gospodarce Tymoszenko przyniosła same nieszczęścia. Ona musi wszystkim ręcznie sterować, inaczej nie potrafi. Poza tym jej populizm przeszkadza w reformach. A Juszczenko to w ogóle porażka, nadaje się do celebrowania rocznic i hodowli pszczół.
W leżącym nieopodal Doniecka mieście Zugres leży ogromnych rozmiarów dowód "ręcznego sterowania" - hałda węgla na placu przed elektrownią. Kiedy jesienią ukraińskim kopalniom groziła plajta, Tymoszenko wydała rozporządzenie nakazujące elektrowniom zwiększyć zapasy węgla. W ten sposób energetyka finansuje górników, zwłaszcza z państwowych kopalń, gdzie sytuacja jest najtrudniejsza. - Normalnie ta hałda jest ze trzy razy mniejsza - opowiada inżynier z elektrowni. - Przecież tutaj odległości między elektrowniami a kopalniami są niewielkie, nie ma sensu magazynować węgla. Tylko moknie i traci kaloryczność - narzeka inżynier.
Ogromna liczba billboardów i mnóstwo politycznych audycji we wszystkich kanałach telewizji to dla wielu tylko iluzja demokracji. Powszechne jest przekonanie, że wszyscy politycy to łapówkarze, którzy idą na pasku oligarchów. A wolność mediów dla wielu też jest ułudą - najważniejsze ukraińskie kanały telewizyjne należą w końcu do powiązanych z politykami oligarchów - Rinata Achmetowa, Ihora Kołomojskiego i Dmytro Firtasza.
Większość mieszkańców Doniecka, choć popiera Janukowycza, i tak nie wierzy, że coś zmieni. - Pytają go na spotkaniach, dlaczego nic nie zrobił, skoro już dwa razy był premierem - mówi Ludmiła, młoda tłumaczka. - A tłumaczenie, że nie zdążył, wywołuje tylko ironiczne uśmiechy. Mimo to starsi, wychowani jeszcze w ZSRR pójdą na wybory, bo wpojono im, że to obywatelski obowiązek. Ale spora część młodych ludzi w ogóle nie zagłosuje. Połowa moich znajomych twierdzi, że to nie ma sensu - dodaje.
Obiegowa mądrość głosi, że w demokracji naród ma takich polityków, na jakich zasługuje. Kiedy powie się to Ukraińcowi, to albo wzdycha, albo się zżyma. - Postawić ich wszystkich pod ścianę i rozstrzelać - złości się górnik z Doniecka, który dodzwonił się do audycji w lokalnej telewizji.
Donieck kocha Rinata
Donieck ma tylko jednego bohatera. Jego autorytetowi nie przeszkadzają ani szemrane interesy w latach 90., ani kryzys, ani udział w politycznych i gospodarczych rozgrywkach. To najbogatszy ukraiński oligarcha Rinat Achmetow, "nasz Rinat", jak pieszczotliwie mówią o nim doniecczanie. Jego majątek ukraińskie media oceniają na 9,6 mld dol.
Achmetow poprzez swój holding SKM jest właścicielem kombinatu hutniczego Metinvest, górniczo-energetycznej firmy DTEK, dwóch banków - Dongorbanku i PUMB (jego prezesem jest Polak Rafał Juszczak, były szef PKO BP), a także telewizji i kilku pomniejszych biznesów. Ale przede wszystkim jest właścicielem i prezesem Szachtara Donieck i Donbas Areny - stadionu cacka za 300 mln euro. Mimo ogromnych kosztów jego budowy bilety na mecze są śmiesznie tanie - najtańszy kosztuje 15 hrywien, czyli 7 zł. Za bilet w piątym rzędzie trzeba zapłacić 40 hrywien. - Każdy może sobie pozwolić na bilet, bo Rinat Leonidowicz jest dla kibiców jak ojciec - mówi 22-letni Ołeksandr, pracownik klubu i kibic od 12. roku życia, a w jego oczach widać uwielbienie dla szefa. A kiedy Szachtar w tym roku zdobył Puchar UEFA, miłość doniecczan do Achmetowa jeszcze wzrosła. W tym roku klub gra znakomicie i to jedyny powód do optymizmu dla mieszkańców. - Szachtar czempion! - wykrzykuje czteroletni chłopiec w klubowych barwach.
Na Donbas Arena o przeszłości szefa "klanu donieckiego" przypomina tylko drobiazg - w loży Achmetowa 24 godziny na dobę siedzi ochroniarz. W 1995 r. ówczesna głowa "rodziny" Ołeksandr Bragin zginął od wybuchu bomby na starym stadionie Szachtara. Kto podłożył bombę - nie wiadomo, ale schedę w Doniecku objął po nim Achmetow.
Mieszkańcy Donbasu kochają go zresztą nie tylko za Szachtara. Achmetow wyrósł na największego ukraińskiego filantropa - w zeszłym roku wydał na działalność charytatywną 27 mln dol. - Kilka lat temu nasz szpital dosłownie się rozpadał. A jego firma dała nam pieniądze na remont i nowoczesny sprzęt - opowiada z czułością dyrektorka szpitala dziecięcego w stutysięcznym mieście Pawłograd. Dziś szpital wygląda znakomicie. Obok jest inny, który już pieniędzy nie dostał. Stare, pamiętające pewnie jeszcze ZSRR łóżka, odrapane ściany - tak wyglądała polska służba zdrowia w latach 80.
Nawet wszystkie pieniądze Achmetowa nie rozwiążą jednak problemów z lekarzami. - Nikt młody nie chce tu pracować. Lekarz z pięcioletnim stażem zarabia 2 tys. hrywien, czyli mniej niż 1 tys. zł. Młodzi wolą zostać po studiach w Kijowie albo w Doniecku, gdzie mogą dorobić w prywatnych klinikach. Średnia wieku lekarzy w naszym szpitalu zbliża się powoli do pięćdziesiątki, a najstarszy ma 83 lata. Nie może iść na emeryturę, bo nie ma nikogo na jego miejsce - żali się dyrektorka sponsorowanego przez Achmetowa szpitala.
Banki leżą, firmy szukają pieniędzy
Czy kryzys na Ukrainie rzeczywiście się kończy? Są symptomy, że tak. - W całym kraju przestało spadać zużycie prądu - mówi Roman Serdiukow, szef elektrowni w mieście Zugres. To oznacza, że w ukraińskim przemyśle, który pożera ogromne ilości prądu, sytuacja się ustabilizowała. Urząd Statystyczny poinformował, że produkcja w kraju zaczęła powoli rosnąć.
Ale system bankowy wciąż ledwie zipie. W Doniecku reklamy zachęcają do zakładania lokat. Nie widać za to w ogóle reklam kredytów. - Ludziom banki nie chcą pożyczać w ogóle - opowiada Ludmiła. I nic dziwnego - ukraińskie banki rozpaczliwie walczą o przeżycie. Państwo podtrzymuje je niewielkimi sumami, nie dopuszczając do bankructwa, ale na wielką operację ratunkową na wzór zachodnioeuropejskiej czy rosyjskiej nie ma środków. Przez trzy lata świetnej koniunktury kolejne rządy prowadziły populistyczną politykę, rozdając pieniądze i unikając bolesnych reform.
Ludzie nie wierzą bankom - od początku kryzysu wyjęli z nich w sumie 3 mld dol. Żeby zapobiec kompletnemu upadkowi systemu bankowego, na początku 2009 r. bank centralny zakazał zrywania lokat przed terminem. Latem zakaz zniesiono, ale zaufanie do banków wraca powoli.
Nikt poza Międzynarodowym Funduszem Walutowym nie chce dziś pożyczać Ukrainie. Budżet dopina się dzięki temu, że bank centralny kupuje państwowe obligacje, ale to oznacza, że rośnie masa pustego pieniądza. Fatalny rating Ukrainy odbija się nawet na firmach, które mają zyski. - Chcieliśmy wejść na międzynarodowe rynki finansowe, może wyemitować obligacje lub zadebiutować na jakiejś zachodniej giełdzie. Ale na razie na hasło "firma z Ukrainy" zachodni inwestorzy uciekają z krzykiem. Może coś się zmieni po wyborach, jeśli zaczną się wreszcie reformy - mówi Jurij Ryżenkow, wiceprezes należącej do Achmetowa górniczo-energetycznej firmy DTEK. Ryżenkow mógłby służyć za symbol nowej, lepszej Ukrainy - to urodzony w Doniecku absolwent tamtejszego uniwersytetu, a także brytyjskiego King's College i London School of Business. Mówi po angielsku niemal bez obcego akcentu, otwarty, uśmiechnięty i świetny fachowiec. Prezentuje też iście amerykański optymizm: - Wierzę w Ukrainę. Po wyborach sytuacja musi się poprawić.
Energetyczny komunizm
W 1961 r. przywódca ZSRR Nikita Chruszczow obiecywał, że w latach 80. mieszkańcy ZSRR będą już żyli w komunizmie, czyli ustroju, w którym każdy dostaje wszystko za darmo wedle potrzeb. I pod jednym względem Ukraińcy wciąż zbliżają się do komunizmu. Choć węgiel i gaz kupuje się tu po cenach światowych, to regulowane przez państwo ceny prądu i gazu dla ludności są śmiesznie niskie. Megawatogodzina energii kosztuje pięć razy mniej niż w Polsce. Żaden rząd nie chce jednak zgodzić się na podwyżki, bo każdy boi się utraty poparcia. - Tymczasem stara, wybudowana w ZSRR infrastruktura rozpadnie się jeszcze przed 2020 r. Przy takich cenach nikt w nią nie zainwestuje, bo przecież wybudowanie elektrowni na Ukrainie kosztuje niemal tyle samo co w Polsce - mówi Roman Serdiukow, szef elektrowni w mieście Zugres, który objechał niemal wszystkie polskie elektrownie, żeby zdobyć doświadczenie.
Czy rząd to rozumie? - Rozumie, tylko nic nie robi.
A jeśli po wyborach nic się nie zmieni?
Serdiukow tylko wznosi oczy do nieba.