Biznes Ludzie Pieniądze

Pięć finansowych zdziwień 2009 roku

Maciej Samcik
21.12.2009 , aktualizacja: 20.12.2009 22:00
A A A Drukuj
Czy ktoś na początku roku przypuszczał, że jesienią oprocentowanie lokat będzie prawie dwa razy niższe niż wiosną? Że na giełdzie będzie można podwoić zainwestowany kapitał? Czego nauczył nas ten rok?
Niemało było finansowych zdziwień w 2009 roku. Czy czegoś się nauczyliśmy?
Tomasz Wawer
Niemało było finansowych zdziwień w 2009 roku. Czy czegoś się nauczyliśmy?
Za oknem znów zima, ale zupełnie inna niż ta sprzed roku. Przynajmniej dla naszych portfeli. Pół miliona osób straciło w tym czasie pracę, ale za to powstało kilkadziesiąt tysięcy nowych, małych firm. Banki wreszcie zaczęły udzielać kredytów, ale za to życzą sobie wysokiej zapłaty. I mniej płacą za lokaty. Co nas w tym roku najbardziej zaskoczyło w finansach osobistych? Jakie wnioski możemy wyciągnąć na przyszłość? Oto nasz subiektywny ranking.

Pięć finansowych zdziwień tego roku

1. Koniec wojny o lokaty

Właściwie trudno jeszcze mówić o definitywnym końcu walki depozytowej, ale o zawieszeniu broni - na pewno. Jeszcze rok temu przeżywaliśmy apogeum wyścigu spanikowanych bankowców do naszych portfeli. Banki za wszelką cenę szukały pieniędzy, żeby zapewnić sobie poduszkę bezpieczeństwa na wypadek wysypu niespłaconych pożyczek. I na pokrycie strat z lekkomyślnie udzielonych wcześniej kredytów hipotecznych w walutach obcych. Oprocentowanie lokat trzymiesięcznych w niektórych bankach sięgało 10 proc., a średnio banki płaciły za depozyty 7-8 proc. rocznie.

Niestety, kolejne miesiące przyniosły zawieszenie broni. Jeszcze latem były banki płacące za lokaty 8 proc. w skali roku, ale już jesienią z trudem można było wytargować 6 proc. Największe banki zeszły z oprocentowaniem do marnych 4-5 proc. w skali roku.

O tym, że szczęście megawysokich odsetek od lokat nie będzie trwało wiecznie, wszyscy wiedzieli. Ale zaskakujące było to, że apetyt banków na nasze pieniądze spadł tak szybko i gwałtownie. Banki dosłownie z miesiąca na miesiąc przestawiły zwrotnicę i przestały mocno zabiegać o nasze oszczędności. Uznały, że pieniędzy im już wystarczy. I to mimo że powoli zaczęły odkręcać kurek z kredytami. W szczycie wojny depozytowej zebrały od nas tak dużo pieniędzy, że na razie im wystarczy. Może w przyszłym roku będą w większej potrzebie?

2. Marże kredytów hipotecznych

W ten rok wkraczaliśmy w sytuacji kompletnej blokady rynku kredytów hipotecznych. Ludzie w obawie przed kryzysem i spodziewając się spadku cen nieruchomości, wstrzymali się z planami zakupu mieszkań. Banki z kolei chomikowały gotówkę i pożyczały niechętnie, zwłaszcza w ramach długoterminowych kredytów na wiele lat. Znacznie bezpieczniejsze były dla nich, paradoksalnie, szybkie kredyty gotówkowe, które wracają do skarbców wraz z wysokimi odsetkami już po kilkunastu miesiącach.

Z upływem kolejnych miesięcy roku banki powoli przekonywały się, że bez odważniejszego udzielania kredytów hipotecznych daleko nie zajadą. Sklepy z kredytami otworzyły nawet te banki, które były najbardziej "przeładowane" zbyt tanio udzielonymi kredytami z czasów nieruchomościowej bańki 2006-07, jak np. Millennium.

Nikt nie spodziewał się, że banki będą pożyczały pieniądze pod hipotekę tak tanio jak przed kryzysem, z marżami w okolicach 1 proc. Ale to, co klienci zobaczyli w tabelach opłat i oprocentowania, było porażające. W mBanku i Multibanku standardowe marże ustawiono na poziomie ponad 7 proc. W kilku innych bankach - niewiele niżej (5-6 proc.). Marże zaczęły spadać dopiero jesienią, i to bardzo wolno. Taniej można pożyczyć pieniądze jeśli się przeniesie do danego banku konto, karty i limity zadłużenia. Wtedy marża może spaść nawet do 1,5-2 proc. Ale w większości banków wciąż trudno znaleźć kredyt z marżą poniżej 3 proc.

Banki słono sobie liczą zwłaszcza za kredyty w walutach obcych. Średnia marża kredytu w euro wynosi dziś 4 proc. To dwa-trzy razy więcej, niż wynoszą marże kredytów hipotecznych np. we Włoszech. - Dla mnie ten kryzys może trwać bez końca. Czy w normalnych czasach mógłbym brać za kredyty takie odsetki? - zachwycał się w połowie roku w rozmowie z dziennikarzem "Gazety" prezes jednego z banków.

3. Nowy sposób na podatek Belki

Od kilku lat sztandarowym sposobem banków na omijanie 19-procentowego podatku Belki od zysków z lokat było oferowanie klientom lokat "opakowanych" jako polisy na życie. Odsetki od takiej "lokaty" nazywają się sumą ubezpieczenia i nie podlegają opodatkowaniu. Ale w tym roku bankowcy znaleźli znacznie lepszy sposób na oferowanie klientom antypodatkowych lokat. To tzw. jednodniówki, czyli lokaty z codzienną kapitalizacją odsetek. Zgodnie z ustawą podatkową najniższy pobór podatku to 1 zł. Jeśli więc zysk z jednodniowej lokaty nie przekracza 2,5 zł, to 19-procentowy podatek od tej kwoty nie przekracza 50 gr. A po zaokrągleniu w dół - osiąga okrągłe zero złotych.

Takie lokaty jednodniówki oferuje klientom już kilkanaście banków. Obecnie to najlepszy sposób na lokowanie oszczędności, bowiem zyski z jednodniówek są w większości banków wyższe niż od zwykłych lokat. Jedyny problem to konieczność rozbijania oszczędności na kilka lokat, jeśli chce się ulokować wysoką kwotę (bo nawet jednodniowy procent od kilkudziesięciu tysięcy może przekroczyć 50 gr).

4. Świetna passa giełdy

Gdyby ktoś na początku roku chciał się założyć, że 2009 r. będzie drugim najlepszym w historii giełdy, to zostałby uznany co najmniej za niepoprawnego optymistę. Jeszcze w lutym indeks WIG20 pewnie zmierzał w kierunku 1000 pkt. W krytycznym momencie miał wartość 1253 pkt. I kiedy wydawało się, że ten pełzający krach nigdy się nie skończy, nastąpiło nagłe odbicie, które w dodatku nie zakończyło się po kilku tygodniach - jak prognozowała większość analityków - ale trwało aż do końca roku. Dziś WIG20 ma wartość 2330 pkt, co oznacza, że od swojego dna niemal podwoił wartość!

Do odjeżdżającego giełdowego pociągu inwestorzy wsiadali na raty. Widać to choćby po stopniowym odbudowywaniu majątku funduszy inwestycyjnych. W dnie bessy Polacy trzymali w nich tylko 67 mld zł, teraz już 90 mld zł. Do rekordowego poziomu 140 mld zł (z końca 2007 r.) naszym oszczędnościom w funduszach brakuje jeszcze sporo, ale jeśli ktoś nie uległ panice i wiosną nie tylko utrzymał w funduszach pieniądze, ale też dopłacił do nich w lutym drugie tyle, dziś już odrobił w całości straty z wielkiego kryzysu. Tyle że takich przewidujących inwestorów było niewielu.

5. Wielki powrót złotego

Na początku stycznia za euro płaciliśmy tylko 3,96 zł, za franka szwajcarskiego - 2,6 zł. Pozornie przez ten rok nic się nie zmieniło - dziś obie waluty są niewiele droższe - kurs euro wynosi ok. 4,2 zł, a franka - 2,8 zł. Ale patrząc na skalę załamania notowań polskiej waluty, można się dziwić, że udało jej się wrócić w okolice poziomów sprzed roku.

W połowie lutego, kiedy zbankrutowała Islandia, a inwestorzy światowi zaczęli się obawiać, że ten los podzieli część krajów z naszej części Europy, np. Węgry czy Ukraina, złoty przeżył niemałe załamanie. Tylko interwencja rządu na rynku walutowym, gdy złotego zaczął skupować Bank Gospodarstwa Krajowego, uratowała naszą walutę przed osiągnięciem ceny 5 zł za euro. Frank szwajcarski kosztował wówczas 3,3 zł, a setki tysięcy rodzin mających kredyty hipoteczne w tej walucie z niepokojem spoglądało do portfeli. Raty ich kredytów z miesiąca na miesiąc rosły o 20-30 proc.

Choć sytuacja polskiego budżetu państwa jest bardzo trudna, a minister finansów nie ukrywa, że w przyszłym roku będzie musiał więcej pieniędzy pożyczać na sfinansowanie dziury między dochodami a wydatkami rządu, nasza waluta znosi te zawirowania zaskakująco dobrze. Część analityków spodziewa się nawet, że wkrótce będziemy oglądali kurs euro w okolicach 4 zł. W połowie 2008 r., w przeddzień światowego kryzysu, euro kosztowało 3,2 zł...

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    20 głosów