"Najbardziej wpływowi ludzie świata" - to tytułowy artykuł "Forbesa" z 30 listopada. Artykuł zdobią fotografie pięciu osób. Cztery są dobrze znane milionom: Obama, Dalajlama, Putin i Merkel. A ten piąty? To Lloyd Blankfein, szef Goldman Sachsa, najbardziej renomowanego banku inwestycyjnego na świecie. Ten sam, który w niedawnym wywiadzie dla londyńskiego "The Sunday Times" skromnie ocenił rolę, jaką odgrywa kierowana przez niego instytucja, słowami: "robimy robotę Boga". I za tę "robotę Boga" Goldman sowicie sobie płaci.
Wszystkim opadła szczęka wiosną, gdy Goldman Sachs, który jeszcze całkiem niedawno prosił rząd o wsparcie finansowe, ogłosił rekordowe w swej 140-letniej historii kwartalne zyski i zapowiedział gigantyczne premie - w sumie przeznaczył na nie ponad 11 mld dol. W sytuacji gdy bezrobocie przekroczyło oficjalnie 10 proc., a w rzeczywistości co szósty Amerykanin chcący pracować nie ma pracy albo pracuje w niepełnym wymiarze, wielomilionowe premie - mówiąc oględnie - nie budzą szczególnej sympatii. Tym bardziej że mało kto rozumie, czym Goldman się zajmuje i czym specjalnym na te premie sobie zasłużył. Dochodzą do tego wątpliwości, czy sukcesy tej firmy nie są owocem kłopotów innych. Czy Ameryka, która jest tak dobra dla Goldmana, nie staje się społeczeństwem, w którym szczodre nagrody trafiają do złych aktorów i do tych, którzy uczynili je biedniejszym?
Palec boży na klawiaturze szybkiego komputera
85 Broad Street to nieciekawy budynek koloru rdzy, kilkaset metrów od siedziby giełdy nowojorskiej. To tu mieszczą się biura firmy Goldman Sachs. Z zewnątrz trudno byłoby się domyślić, że zjawia się tu każdego dnia największa liczba milionerów na metr kwadratowy.
Co robi i na czym tak znakomicie zarabia Goldman Sachs? Bank inwestycyjny, w przeciwieństwie do banku komercyjnego, nie zajmuje się gromadzeniem depozytów i udzielaniem pożyczek. Pomaga zdobyć kapitał albo poprzez emisję akcji, albo zaciągnięcie długu. Doradza w kwestiach strategii finansowej, przygotowuje do wejścia na giełdę. Największe banki inwestycyjne handlują także papierami wartościowymi, walutami i surowcami. Goldman stał się światowym liderem w niemal każdej z tych dyscyplin. Jest dziś najważniejszym i najczęściej zatrudnianym doradcą inwestycyjnym i finansowym wielkich przedsiębiorstw na całym świecie. Zarządza cudzym majątkiem o wartości 850 mld dol., z czego tylko jedna szósta - 139 mld - to akcje. W latach 2000-08 jego średnia marża zysku wynosiła 29 proc., a zysk z kapitału - 20 proc. Własnego kapitału Goldman Sachs ma dziś 167 mld dol. Doradza, finansuje, współinwestuje, zarządza majątkiem, tworzy rynki, sprzedaje i kupuje. Zatrudnia 30 tys. ludzi. W ciągu pierwszych trzech kwartałów 2009 r. wpływy firmy wyniosły 35,5 mld dol. Na płace i premie przeznaczono 16,7 mld, a zysk netto wyniósł 8,4 mld.
Firmę założył w 1869 r. imigrant z Niemiec Marcus Goldman wraz z zięciem Samuelem Sachsem. Z czasem stała się synonimem siły, pracowitości, dyscypliny, innowacji, ale także koneksji i świetnych zarobków. Była pionierem w udzielaniu przedsiębiorcom pożyczek. Na początku XX wieku była liczącym się graczem we wprowadzaniu firm na giełdę, organizowała oferty publiczne akcji (Initial Public Offering), sama zachowując status firmy prywatnej, zarządzanej przez partnerów. Jako jedna z pierwszych firm rekrutowała i do dziś rekrutuje absolwentów najlepszych szkół biznesu.
Reputacja Goldman Sachs na długo ucierpiała w następstwie niepowodzeń kryzysu 1929 r. Wiele lat później John Kenneth Galbraith, opisując ten epizod w historii Goldmana, użył słów: "Jesień 1929 r. była zapewne pierwszym przypadkiem, gdy ludziom udało się na dużą skalę oszukać samych siebie".
W latach 80. Goldman kupił firmę J. Aron & Company i zajął się handlem surowcami, głównie kawą i złotem. Wtedy trafił do Goldmana jego obecny szef Lloyd Blankfein.
Firma mocno rozbudowała zaplecze badawcze, zatrudniając setki ludzi z doktoratami z matematyki i fizyki. Stała się symbolem innowacji na rynkach finansowych. Dziś mówi się, że wiele z tych innowacji charakteryzuje wątpliwa użyteczność społeczna, ale są one ogromnie lukratywne dla ich architektów. Równie bezsporne jak siła tej firmy są jej koneksje i gęsta sieć powiązań.
Goldman na przykład używa superszybkich komputerów, dzięki czemu kupuje i sprzedaje akcje o ułamek sekundy przed innymi. Jest to źródłem ogromnych zysków. Sama spekulacja nie musi być z gruntu zła. Na przykład rynki kontraktów terminowych (futures) - które nie są niczym innym tylko spekulacją, jak ukształtują się ceny surowców - tworzą bodźce, aby magazynować paliwo na zimę, gdy zapowiada się, że będzie ostra. Ale spekulacja oparta na informacjach niedostępnych publicznie to coś innego. Rynek akcji ma racjonalnie alokować kapitał, pomagać firmom z dobrymi pomysłami wcielać te pomysły w życie. Czy handlarz, który dokonuje transakcji o mgnienie oka szybciej, poprawia ten mechanizm? Wątpliwe. Kenneth Arrow powiedział kiedyś, że spekulacja oparta o niepubliczne informacje pociąga za sobą podwójną społeczną szkodę - zużywa zasoby i podważa zaufanie do rynku.
Wszyscy ludzie Goldmana
Goldman jest świetny w tym, co robi, i może poradziłby sobie bez publicznego wsparcia, gdy tajfun uderzył w Wall Street jesienią 2008 r. A może i nie. Nie ulega natomiast najmniejszej wątpliwości, że bank skorzystał z rządowej pomocy w chwilach najcięższych dla rynków finansowych. To prawda, szybko spłacił miliardy bezpośredniej pomocy, z solidnymi odsetkami (23 proc.), ale co myśli sobie podatnik, gdy ktoś dopiero co wyciągnięty z przerębli za publiczny grosz sam się hojnie wynagradza? Blankfein powiedział, że każdy powinien się cieszyć z sukcesów jego firmy, skoro "czyni ona robotę Boga", a nie krytykować ją lub potępiać. Ale krytyka nie wzięła się li tylko z zazdrości o wypchane portfele.
Jesienią 2008 r., w dramatycznym momencie upadku Lehman Brothers, gdy nagle wszystko wydało się możliwe, Goldman Sachs na gwałt potrzebował kapitału. Dostał go, sprzedając za 10 mld dol. 15 proc. udziałów Warrenowi Buffettowi i innym inwestorom. Ale kilka dni wcześniej firma dostała 12 mld dol. wsparcia od rządu. Można bezpiecznie założyć, że ani Buffett, ani inni nie kupowali akcji Goldmana tylko po to, aby ratować firmę przed bankructwem, ale po to, aby na tym zakupie zarobić (i zarobili). To, że rząd rzucił Goldmanowi koło ratunkowe, którego nie rzucił Lehman Brothers, było dla inwestorów oznaką, że Goldmanowi nie grozi bankructwo. Zanim do tego doszło, los Goldmana nie był przesądzony.
Kolejność zdarzeń nie była więc przypadkowa. Nie było też przypadkiem, że gdy we wrześniu 2008 r. w Systemie Rezerw Federalnych odbywało się spotkanie poświęcone ratowaniu AIG, jedynym prezesem, który znalazł się tam bez oczywistego powodu, był właśnie Lloyd Blankfein. Zaprosił go na spotkanie sekretarz skarbu Hank Paulson, architekt rządowego planu ratunkowego, były prezes Goldman Sachsa. Kiedy Paulson przyjął propozycję prezydenta Busha i odszedł z Goldmana, sprzedał swe udziały, aby uwolnić się od potencjalnego konfliktu interesów. Wciąż jednak miał przyjaciół, wieloletnich współpracowników. Jak się dziś okazuje, w czasie kryzysu kilkadziesiąt razy rozmawiał telefonicznie z Blankfeinem.
Goldman Sachs był największym klientem AIG. Był drugą stroną wielu transakcji dokonanych przez najbardziej spekulacyjną odnogę wielkiej firmy ubezpieczeniowej. To prawda, że jej upadek groził całemu systemowi, ale nadciągający upadek zapewne przewróciłby także Goldmana. Ratunek AIG opłacał się więc gigantowi z Broad Street podwójnie. Transakcje z AIG były bardzo ryzykowne. Może nie wszyscy klienci pojmowali to ryzyko, ale Goldman świetnie je rozumiał. A nie stracił na nich ani centa, bo został spłacony z gigantycznego, 85-miliardowego zastrzyku, jaki rząd zaaplikował AIG. Ratując AIG za publiczne pieniądze, Goldman ratował siebie i przy okazji wspaniale na tym zarabiał.
Po to aby uzyskać dostęp do wielu instrumentów publicznego wsparcia, Goldman w ciągu kilku dni zmienił swój szyld, a dokładniej biorąc - swój status. Z banku inwestycyjnego, któremu z natury rząd pomagać nie musi, przeistoczył się - przynajmniej na papierze - w tradycyjny bank komercyjny, co dało mu schronienie pod parasolem Systemu Rezerw Federalnych. Dla takiej reinkarnacji, zwłaszcza w rekordowym tempie, potrzebna była zgoda Fed. Szefem rady nowojorskiego oddziału Fed był w tym czasie Stephen Friedman, kiedyś współprezes Goldman Sachsa.
Spiskowym teoriom sprzyja niewątpliwe to, że zarówno w obecnej administracji, jak i w wielu poprzednich aż roi się od byłych wysokich funkcjonariuszy renomowanej firmy z Broad Street. Jako sekretarz skarbu Hank Paulson na tymczasowego zarządcę AIG wyznaczył byłego bankiera Goldman Sachsa Edwarda Liddy'ego. Rządowym funduszem TARP, z którego pochodził ratunek, administrował inny absolwent Goldman Sachsa Neel Kashkari.
Robert Rubin, sekretarz skarbu w administracji Billa Clintona, a do niedawna przewodniczący rady nadzorczej Citigroup, spędził 26 lat w Goldman Sachsie, ostatnio jako jego szef. Stephen Friedman, który wspólnie z Rubinem kierował przez wiele lat Goldmanem, był szefem doradców ekonomicznych prezydenta George'a W. Busha do 2004 r., a potem do 2009 r. szefem prezydenckiego Biura Nadzoru Wywiadu. Ich następcą w fotelu szefa Goldman Sachs był Jon Corzine, który zużył sporą części własnej fortuny, gdy Goldman wszedł na giełdę w 1999 r., na zakończoną sukcesem batalię o miejsce w Senacie USA, a do niedawna był gubernatorem stanu New Jersey. Z Goldmana przyszedł do Waszyngtonu także Joshua Bolten, początkowo jako szef Office of Management and Budget, którego główne zadanie to przygotowanie budżetu dla prezydenta USA, a potem szef sztabu G.W. Busha. Z Goldman Sachsa przeszedł na stanowisko szefa Banku Światowego jego obecny prezydent Robert Zoellick.
Drobny gest skruchy
Choć oficjalnie recesja się skończyła, bo odnotowano wzrost PKB w dwóch kolejnych kwartałach, to sytuacja jest gorsza, niż na to wskazują najczęściej cytowane wskaźniki. Od początku tej recesji ponad 7 mln ludzi straciło pracę. To więcej niż liczba netto nowych miejsc pracy powstałych w ciągu ostatnich dziewięciu lat. Mamy więc do czynienia z pierwszą recesją od czasów Wielkiej Depresji, która wymazała wszystkie zdobycze poprzedniej ekspansji. Tymczasem giganty Wall Street, a zwłaszcza Goldman Sachs, mają się lepiej niż kiedykolwiek. Pieniądze i premie płyną wartkim strumieniem, a podatki od tej fortuny pozostają zdumiewająco skromne. W ubiegłym roku firma zapłaciła 14 mln dol. podatku - jej efektywna stopa podatkowa wyniosła 1 proc. Lloyd Blankfein zarobił ponad trzy razy tyle, 42,9 mln dol. Gigantyczne zyski w połączeniu ze słowami o boskiej robocie nie przysporzyły Goldmanowi sympatyków.
Wiosną 2007 r. John C. Whitehead, emerytowany szef Goldmana i były szef fundacji firmy, w wywiadzie dla Bloomberg News powiedział, że wysokość zarobków na giełdzie jest "szokująca" i że próbował, bezskutecznie, namówić swego byłego pracodawcę, by dał miliard na cele charytatywne. Kierownictwo Goldmana obawiało się ponoć negatywnej reakcji akcjonariuszy.
Dziś, w obliczu gigantycznych zysków i równie gigantycznych premii, zważywszy na mocno nadszarpniętą reputację i niefortunne słowa prezesa, które dolały oliwy do ognia, Goldman publicznie przyznał, że popełnił w przeszłości błędy, które przyczyniły się do kryzysu, prosił o wybaczenie i zadeklarował 500 mln dol. pomocy dla małych firm w walce ze skutkami recesji. Oświadczył, że wspólnie ze swym największym akcjonariuszem Warrenem Buffettem Goldman ma pomóc 10 tys. małych przedsiębiorstw, oferując im edukację, porady i pomoc w dostępie do kapitału. Sam Buffett mówi, że własnych pieniędzy na ten cel nie daje i że będzie doradzać "z wysokości 35 tys. stóp". Półmiliardowy gest to ok. 3 proc. z 16,7 mld dol., które w tym roku Goldman przeznaczy na wynagrodzenia dla swoich pracowników. Czy i na ile skrucha podreperuje reputację firmy, czy i jak szybko niezręczności pójdą w zapomnienie - to będzie zależeć od tego, jak potoczą się losy Main Street, a nie Wall Street.