Biznes Ludzie Pieniądze

Szczyt hipokryzji, nie klimatu

Konrad Niklewicz
2009-12-21, ostatnia aktualizacja 2009-12-20 23:30

Po prawie dwóch tygodniach obrad ONZ-owskiego szczytu klimatycznego w Kopenhadze góra nie urodziła nawet myszy. Urodziła trzystronicowy dokument wart prawdopodobnie mniej niż papier, na którym go spisano

Konrad Niklewicz
Fot. Marcin Klaban / AG
Konrad Niklewicz
Dokument, wymyślony przez negocjatorów z USA, Chin, Indii, Brazylii i Indii i noszący dumną nazwę porozumienia kopenhaskiego, nie ma żadnej mocy prawnej.

Ba, nie został nawet formalnie przyjęty przez uczestników szczytu w Kopenhadze. Jak przyznały w oficjalnym komunikacie ONZ-owskie służby prasowe, porozumienie kopenhaskie zostało jedynie - tu cytat - "przyjęte do wiadomości" przez pozostałe 188 delegacji państwowych.

I trudno się dziwić, że wielu polityków nie chciało się podpisać pod tak żałosnym finałem szczytu klimatycznego w Kopenhadze.

Cóż bowiem znajdujemy w porozumieniu kopenhaskim?

* Jedno konkretne stwierdzenie (średnia temperatura nie powinna się podnieść o więcej niż dwa stopnie)

i

* dwie finansowe obietnice (na finansowanie dostosowań do zmian klimatycznych w krajach biednych państwa Zachodu przekażą do 30 mld dol. wsparcia w latach 2010-12 i do 100 mld dol. rocznie w perspektywie 2020 r. Znaczna część tych pieniędzy ma przechodzić przez nowo utworzony Kopenhaski Zielony Fundusz Klimatyczny.

W dokumencie nie znajdziemy natomiast tego, co jest najważniejsze: zobowiązania do redukcji gazów cieplarnianych. Autorzy porozumienia kopenhaskiego nie mieli nawet odwagi wpisać do dokumentu tego, co naukowcy mówią od wielu lat: że do 2050 r. świat powinien emitować o 50 proc. mniej gazów cieplarnianych, jeśli obietnica powstrzymania wzrostu temperatury ma zostać zrealizowana.

Porozumienie kopenhaskie nie mówi, w jaki sposób świat ma zapobiec dalszym, negatywnym zmianom klimatu. Wykpiwa się stwierdzeniem, że szczegóły będą ujawnione później: do końca stycznia 2010 r. państwa bogate mają przekazać do sekretariatu ONZ pisemną informację, jak bardzo ograniczą swoje emisje gazów cieplarnianych w perspektywie kilku następnych dekad.

Państwa biedniejsze, rozwijające się, nie będą musiały obiecywać żadnych redukcji. A jeśli już, to w zamian za pieniądze od państw bogatszych - czytamy w porozumieniu. Na dodatek jeszcze redukcja emisji CO2 przez nich przeprowadzona (jeśli jakakolwiek nastąpi) nie będzie poddawana praktycznie żadnej weryfikacji. Kraje same będą publikować swoje osiągnięcia.

Nic dziwnego, że zapisami porozumienia kopenhaskiego są zachwycone Chiny - państwo, które jest największym emitentem gazów cieplarnianych na świecie. I które najwyraźniej nie chce, żeby ktokolwiek z zewnątrz patrzył na ręce. - Wszyscy powinni być szczęśliwi. Najważniejsza rzecz została utrzymana. Dla Chin była to narodowa suwerenność i nasz narodowy interes - szczerze wyznał Xie Zhenhua, szef chińskiej delegacji w Kopenhadze.

Dla Unii Europejskiej, porozumienie kopenhaskie to porażka. Tego dokumentu równie dobrze mogłoby nie być. Przecież już wcześniej - na wiele dni przed startem szczytu w stolicy Danii - europejska wspólnota zapowiedziała, że będzie dawać dodatkową pomoc finansową dla krajów biednych (na początek 7,2 mld euro do 2102 r.). Od dawna jest też znana zapowiedź Unii, że do 2020 r. zredukuje swoje emisje CO2 o 20 proc. w stosunku do poziomu z początku lat 90. Nie dość tego. Unia jako jedyna stworzyła narzędzia (m.in. Europejski System Handlu Emisjami) do wprowadzenia tej redukcji w życie.

Przed dwoma tygodniami unijne rządy obiecały, że jeśli inne kraje świata będą równie ambitne, to wówczas UE jest skłonna poświęcić się i zredukować emisje nawet o 30 proc. Teraz Europa powinna o tej obietnicy jak najszybciej zapomnieć i głęboko przemyśleć, czy naprawdę warto dalej działać w dobrej wierze, bo w Kopenhadze prezydent USA Barack Obama, idąc ręka w rękę z Chinami, zaśmiał się Europejczykom w twarz. Stany Zjednoczone zredukują swoje emisje o co najwyżej 4 proc. i jeszcze będą publicznie twierdzić, że to "historyczny przełom".

Czarę goryczy przepełnia to, że przedstawiciele Unii Europejskiej nie zostali przez Amerykanów nawet zaproszeni do wspólnego redagowania porozumienia kopenhaskiego. Po prostu - podobnie jak pozostałe sto kilkadziesiąt delegacji - postawiono ich przed faktem.

Unia Europejska mogła powiedzieć, że na takie rozwiązanie się nie godzi. Mogła w ostatniej chwili zerwać szczyt w Kopenhadze i ogłosić, że cały proces negocjacji trzeba zacząć od początku. Nie zrobiła tego. Prezydent Francji Nicolas Sarkozy i premier Wielkiej Brytanii Gordon Brown woleli robić dobrą minę do złej gry, tłumacząc, że porozumienie kopenhaskie to dopiero początek, i że za jakiś czas - może w przyszłym roku - świat doczeka się "prawdziwego" porozumienia w sprawie klimatu, prawnie wiążącego i z konkretami. Pobożne życzenia, jeśli negocjacje międzynarodowe mają w przyszłości wyglądać tak jak wyglądały w Kopenhadze.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

3.4

8 głosów