Dziś w hutach w Dąbrowie Górniczej, Krakowie, Sosnowcu i Świętochłowicach już mało kto pamięta o blokadach kont, zajęciach komorniczych, wyłączeniach prądu i braku rudy. Na początku poprzedniej dekady nad hutami - wtedy należącymi do państwowego koncernu Polskie Huty Stali (PHS) - wisiała groźba upadłości. Firma miała 5 mld zł zadłużenia i bardzo niepewne perspektywy na rynku stali. Huty coraz gorzej radziły sobie z konkurencją.
Sytuacja zmieniła się, gdy koncernem zainteresował się Lakshmi Niwas Mittal, hinduski miliarder z brytyjskim paszportem. Skarb państwa sprzedał mu akcje PHS tylko za 6 mln zł, ale w zamian Mittal za połowę wartości odkupił od państwowych przedsiębiorstw dług PHS wynoszący 1,7 mld zł oraz zobowiązał się do dokapitalizowania koncernu 800 mln zł i przeprowadzenia w hutach inwestycji wartych ponad 2 mld zł. W walce o polskie huty Mittal pokonał amerykański US Steel. To była największa prywatyzacja 2003 r.
Dziś ArcelorMittal (w 2006 r. doszło do fuzji europejskiego Arcelora z Mittal Steel) nadal jest największym producentem stali w Polsce, a przedstawiciele koncernu zapewniają, że skala inwestycji już dawno przerosła zamierzenia.
Tylko w ciągu ostatnich trzech lat Mittal zainwestował około miliarda dolarów. W Krakowie powstała nowoczesna walcownia, w Dąbrowie Górniczej wielki piec, a w Sosnowcu i Świętochłowicach linie do produkcji blach powlekanych. - Zrobiliśmy dużo więcej niż to, do czego zobowiązywała nas umowa prywatyzacyjna. Na przykład w Krakowie mieliśmy remontować 50-letnią walcownię, ale woleliśmy wybudować nową - mówi Łukasz Cioch, dyrektor ds. komunikacji w koncernie.
Dziś krakowska walcownia należy do najnowocześniejszych na świecie.
Cioch zapewnia, że udała się też restrukturyzacja zatrudnienia. W momencie przejmowania PHS w hutach pracowało ponad 15 tys. pracowników. Dziś o 5 tys. mniej. Koncern wypełnił tym samym umowę, jaką zawarł z Komisją Europejską (na restrukturyzację polskich hut przeznaczona została pomoc publiczna), że do końca 2009 roku zatrudnienie spadnie do 10 tys. 411 osób. Zgodnie z pakietem socjalnym żaden z hutników nie został wyrzucony na bruk. Większość skorzystała z tzw. pakietów dobrowolnych odejść gwarantujących wysokie odprawy - od 100 do 180 tys. zł.
W 2006 roku koncern dogadał się też z 7 tys. pracowników spółek zależnych i im także dał gwarancję zatrudnienia do końca 2009 r. Ustalono, że w przypadku zwolnienia pracownicy też dostaną odprawy - średnie miesięczne wynagrodzenie pomnożone przez liczbę miesięcy do końca gwarancji. Średnio 90 tys. zł brutto.
Nie wszyscy związkowcy zaakceptowali jednak właścicieli ArcelorMittal. Niektórzy do dziś nazywają sprzedaż PHS "zmarnowaną prywatyzacją". - Owszem, Mittal zainwestował w huty, ale co z tego, skoro dziś produkują one na 40 proc. swych możliwości? - mówi Jerzy Goiński, szef "Solidarności". Przekonuje, że winny jest nie tylko kryzys na rynku stali, ale i polityka koncernu, który - jak twierdzi Goiński - rozwija huty w Europie Zachodniej kosztem polskich zakładów.
Włosi na bank
Podobne oskarżenia dziś padają także pod adresem włoskiej grupy bankowej UniCredit. W połowie 1999 r. kupiła ona kontrolny pakiet akcji Pekao SA, drugiego (po państwowym PKO BP) banku w Polsce. - Za psie pieniądze! - twierdzą krytycy transakcji.
Bo choć to była jedna z największych transakcji w historii warszawskiej giełdy, dziś suma wydaje się niewielka. Za 52 proc. akcji Banku Pekao konsorcjum włoskiej grupy bankowej UniCredito Italiano oraz niemieckiego Allianza zapłaciło resortowi skarbu 4,24 mld zł. Wtedy była to równowartość ponad miliarda dolarów.
Porównując tę kwotę choćby do 3,5 mld zł zysku Pekao SA za ubiegły rok, można uznać, że Włosi zrobili interes życia. Tyle tylko że w 1999 r. sytuacja była zupełnie inna. Tuż przed prywatyzacją zysk netto Pekao wynosił ledwie... 171,5 mln zł.
Dochodem ze sprzedaży kontrolnego pakietu akcji Pekao resort finansów miał załatać rosnącą w zastraszającym tempie dziurę budżetową. W połowie 1999 r. wynosiła ona prawie 12 mld zł. Wówczas było to 90 proc. deficytu planowanego na cały 1999 rok. Jerzy Kropiwnicki, ówczesny szef Rządowego Centrum Studiów Strategicznych, straszył, że Ministerstwo Finansów będzie musiało zwiększyć emisję obligacji, zapożyczając się za granicą. A Dariusz Rosati - wówczas członek Rady Polityki Pieniężnej - zapowiadał, że przekroczenie zakładanego deficytu budżetowego grozi podwyżką stóp procentowych i wysoką inflacją.
Kiedy udało się dobić targu z Włochami i Niemcami w sprawie Pekao, Ministerstwo Finansów z ulgą mogło odwołać ratunkowe emisje czterotygodniowych bonów skarbowych o wartości 2 mld zł.
UniCredito i Allianz kupiły Pekao w najlepszej możliwej chwili. Polskie banki tkwiły wtedy w kryzysie i uginały się pod ciężarem złych kredytów.
Nowi właściciele zdołali postawić bank na nogi. Już w 2000 r. jego zysk netto wzrósł do 795 mln zł, a w kolejnym roku osiągnął 1,25 mld zł. Włosi szybko odkupili akcje od Niemców, a w 2009 r. roku odkupili też od państwa kilkuprocentową resztówkę (znów przynosząc państwu miliardowy dochód). Dziś kontrolują 59 proc. akcji Pekao. Pozostałe są w rękach funduszy inwestycyjnych, emerytalnych i rozproszonych inwestorów giełdowych.
Czy prywatyzacja odmieniła oblicze Pekao? Takie stwierdzenie byłoby przesadą. Bank wciąż ma w logo legendarnego żubra i wciąż zajmuje drugą pozycję na rynku. Ale wszyscy, którzy pamiętają "stare" Pekao, przyznają, że pod rządami Włochów bank nauczył się szanowania każdej złotówki. Pracownicy dostali do realizacji plany sprzedażowe. Jeden z dyrektorów regionalnych w nieoficjalnej rozmowie mówi, że zanim Włosi przykręcili śrubę, wszystko "działo się wolniej". UniCredit (bo tak dziś nazywa się włoska grupa) w całej Europie jest znany z tego, że w przejmowanych przez siebie bankach - a ma ich kilkanaście - wdraża końską kurację oszczędnościową. Pekao nie było wyjątkiem.
Na efekty nie trzeba było długo czekać. Dziś bank należy do najbardziej efektywnych na rynku. W 2000 r. na jedną akcję Pekao przypadał zysk o wartości 4,8 zł, teraz jest to 12,75 zł.
UniCredit od początku wziął się do porządkowania finansów Pekao i do dziś ma duży wpływ na zarządzanie bankiem. Na czele banku stanął co prawda Polak, były premier Jan Krzysztof Bielecki, ale przez długie lata "drugim po Bogu" był dyrektor generalny Luigi Lovaglio. I niektórzy mówili, że to on faktycznie rządził bankiem.
Teraz zresztą, gdy odejście prezesa Bieleckiego jest już zapowiedziane, Włosi mogą zdecydować się przejąć pełną kontrolę.