Francja, często oskarżana o zamiłowanie do etatyzmu, paradoksalnie okazała się być tym państwem, które przeprowadziło jeden z najbardziej ambitnych programów prywatyzacyjnych w Europie.
Po kilkuletnim katastrofalnym eksperymencie z nacjonalizacją w połowie lat 80. rząd (wtedy jeszcze) premiera Jacques?a Chiraca rozpoczął prywatyzacyjną kontrofensywę. Tylko w latach 1986-88 sprzedał spółki o wartości szacowanej na 70-100 mld ówczesnych franków, w tym koncern CGE (dziś Alcatel), bank Paribas, koncern szklarsko-budowlany Saint-Gobain, koncern energetyczny Suez, producenta samochodów Matra oraz konglomerat medialny Havas.
Prywatyzował też kolejny prawicowy premier Eduard Balladur: w 1993 r. sprzedał koncern farmaceutyczny Rhone-Poulenc, w 1994 r. zaczął prywatyzację naftowego Elfa, a w 1996 r. - koncernu samochodowego Renault.
Następny prawicowy rząd (premiera Alaina Juppé) nie zszedł z tej drogi, prywatyzując m.in. producenta aluminium Péchiney i huty stali Usinor-Sacilor (co ciekawe, obie marki już nie istnieją: Usinor jest dziś częścią koncernu Arcelor-Mittal, a Pechiney - istniejący od 1855 r. - został wchłonięty przez kanadyjskiego Alcana).
Prywatyzacja we Francji jeszcze bardziej przyspieszyła, gdy władzę objął... socjalistyczny rząd Lionela Jospina. Skonfrontowany z kryzysem finansowym Jospin uznał, że wyprzedaż udziałów w spółkach jest dobrym narzędziem do ratowania budżetu państwa.
Jeszcze w 1997 r. zaczęła się prywatyzacja koncernu telekomunikacyjnego France Telecom, a w 1999 r. - prywatyzacja linii lotniczych Air France. Za czasów Jospina sprzedano też bank Credit Lyonnais i rozpoczęto prywatyzację operatora autostrad Autoroutes du sud de la France.
To, co zaczął Jospin, kontynuowały kolejne francuskie rządy. Pod młotek poszły akcje operatorów autostrad (m.in. Autoroutes Paris-Rhin-Rhone i SANEF). We wrześniu 2004 r. udział francuskiego skarbu w FT spadł poniżej 43 proc. W 2005 r. zaczęła się prywatyzacja "świętych krów" francuskiej gospodarki - koncernu gazowego Gaz de France oraz energetycznego giganta Electricité de France. O ile ta ostatnia spółka raczej na pewno pozostanie pod kontrolą państwa, o tyle Gaz de France jest już bardziej prywatny niż państwowy. Jego faktyczna prywatyzacja nastąpiła w lipcu 2008 r., gdy spółka połączyła się z prywatnym koncernem Suez. Po tej transakcji udział skarbu państwa stopniał do 35 proc.
O dziwo, prywatyzacyjna polityka kolejnych rządów nie była mocno kontestowana przez Francuzów. Ale ich poparcie prywatyzacji ma jednak swoje granice: przeprowadzony we wrześniu sondaż pokazał, że aż 75 proc. z nich sprzeciwia się sprzedaży francuskiej poczty.
Żelazna Lady sprzedaje wszystko
Niespodziewany sukces sprzedaży miliona mieszkań komunalnych, tuż po objęciu władzy przez Margaret Thatcher (1979 r.), przekonał konserwatystów, że warto zaryzykować z masową prywatyzacją. Fala ruszyła niemal dokładnie 25 lat temu: 20 listopada 1984 r., gdy na giełdzie zadebiutował operator telekomunikacyjny British Telecom.
Debiut okazał się kolosalnym sukcesem. Ponad dwa miliony Brytyjczyków zapisało się na akcje. Rząd Thatcher poszedł za ciosem i do 1990 r. sprzedał 42 duże firmy zatrudniające w sumie 900 tys. pracowników, w tym koncern British Gas. W trakcie kolejnej fali prywatyzacji w latach 1994-97 sprzedano udziały nawet w firmach wydobywczych, energetycznych (prywatyzacja British Energy w 1996 r.) i spółkach kolejowych. Gdy w 1997 r. konserwatyści oddawali władzę, pozytywne efekty prywatyzacji - zwłaszcza w sektorze telekomunikacyjnym i energetycznym - były na tyle dobrze widoczne, że laburzystowski rząd Tony?ego Blaira nie zdecydował się na odwracanie reformy.
Sami Brytyjczycy przyznają jednak, że nie wszystkie prywatyzacje okazały się, summa summarum, błogosławieństwem. Najczęściej wymienianym przykładem porażki są koleje. Źle wybrany model prywatyzacji (m.in. sprzedaż spółki Railtrack kontrolującej infrastrukturę kolejową - tory, rozjazdy itp., bez zagwarantowania jej źródeł przychodów) spowodował, że jakość usług kolejowych w pierwszych latach po prywatyzacji się pogorszyła.
Obecny rząd brytyjski, przyciśnięty przez kryzys, chce jednak zorganizować kolejną falę wyprzedaży "sreber rodowych". - Aby poradzić sobie z długiem, chcemy sprzedać majątek wart 16 mld funtów w ciągu dwóch lat - zapowiedział premier Gordon Brown. Brytyjski rząd zamierza sprzedać m.in. połączenie kolejowe pod kanałem La Manche, firmę Tote przyjmującą zakłady na wyścigach konnych, 33 proc. udziałów w zakładach przetwarzania uranu Urenco (pozostałe ma m.in. rząd holenderski oraz niemieckie koncerny RWE i E.ON). Pod młotek ma też trafić most nad Tamizą i tunel pod nią w mieście Dartford. Kolejne miliardy funtów ma przynieść sprzedaż majątku kontrolowanego obecnie przez lokalne samorządy.
Niemieckie wątpliwości
Ze wszystkich krajów zachodnioeuropejskich prawdopodobnie największe wątpliwości w sprawie prywatyzacji mogą mieć Niemcy. Bo wciąż pamiętają fatalne doświadczenia prywatyzacji przeprowadzonej w byłym NRD, już po zjednoczeniu kraju - ale zaplanowanej w czasie, gdy Niemiecka Republika Demokratyczna jeszcze istniała.
Komunistyczne władze wschodnich Niemiec zaczęły przygotowywać się do jego prywatyzacji ledwie kilka miesięcy przed zjednoczeniem. Wielkim państwowym kombinatom przydzielono tzw. powierników, którzy mieli przygotować je do sprzedaży. Gdy jesienią 1990 r. państwo zjednoczyło się, "powiernicy" kontrolowali prawie 15 tys. mniejszych i większych zakładów. Przejęli też majątek enerdowskiej armii, partii komunistycznej i bezpieki Stasi.
Po zjednoczeniu kontynuowali pracę pod kuratelą federalnego urzędu ds. powiernictwa. Bardzo szybko okazało się, że zyskowna prywatyzacja to mrzonka. Sprzedawane firmy w większości wypadków były technologicznie zacofane, cierpiały na przerosty zatrudnienia. A co gorsza, "powiernicy" oszukiwali.
Ówczesna niemiecka prasa regularnie pisała, że urzędnicy za łapówkę zaniżali ceny przedsiębiorstw. Wiele enerdowskich firm sprzedano tylko po to, by nowy właściciel mógł wywieźć z niej wyposażenie albo zyskać cenną nieruchomość. W Halle wokół tamtejszego powiernictwa działała regularna mafia. W efekcie Niemcy mogli stracić nawet 10 mld marek.
Bilans enerdowskiej prywatyzacji był katastrofalny, powiernictwa w ciągu czterech lat działalności sprzedały majątek za 60 mld marek (dzisiejsze 30 mld euro). Prasa spekulowała, że faktycznie był on wart 300 mld marek.
Trochę lepiej potoczyła się prywatyzacja prowadzona w zachodniej części kraju. W 1994 r. niemiecką pocztę podzielono na Deutsche Post (pocztę), Deutsche Telekom (firmę telekomunikacyjną i Postbank (bank pocztowy). Wszystkie trzy firmy przekształcono w spółki i wprowadzono na giełdę. Obecnie państwo ma w nich tylko mniejszościowe pakiety akcji. Spółką skarbu państwa jest od 15 lat też Deutsche Bahn - niemiecka kolej. Docelowo ma także wejść na giełdę, ale kolejne niemieckie rządy przesuwają termin sprzedaży akcji. Powód? Niemcy boją się doświadczeń brytyjskich: że po sprzedaży stracą wpływ na spółkę, a jakość usług świadczonych przez kolej się pogorszy.
Kilka prywatyzacji zakończyło się porażkami. W 2000 r. Niemcy sprzedali np. swoją drukarnię państwową, która m.in. drukowała paszporty i dowody osobiste. Nowy właściciel już po dwóch latach zbankrutował, drukarnia przechodziła w ręce kolejnych spółek. W efekcie rząd wiosną tego roku wykupił drukarnię. Zapłacił za nią ok. 300 mln euro.