W listopadzie w rejestrach urzędów pracy zanotowanych było 1 mln 811 tys. osób - podał w środę GUS. Choć to dużo więcej niż rok temu, to eksperci zajmujący się rynkiem pracy oceniają, że najgorsze już za nami.
Pesymista w danych z rynku pracy znajdzie dużo niepokojących informacji: od listopada 2008 r. liczba bezrobotnych zwiększyła się o 30 proc.; między październikiem a listopadem 2008 r. w rejestrach przybyło ponad 46 tys. osób, podczas gdy w tym samym okresie tego roku - prawie 67 tys.; 1,44 mln osób nie ma prawa do zasiłku.
Z pracą nie jest tak źle Ekonomiści sprowadzają czarnowidzów na ziemię: za chwilę odbijemy się od dna. - Sytuacja jest o niebo lepsza niż podczas poprzedniego dołka w gospodarce. Wówczas mieliśmy
bezrobocie na poziomie 20 proc., bo firmy po pierwszej fali zwolnień dokonały jeszcze głębokiej restrukturyzacji. Dziś tej drugiej fali zwolnień nie było. Przedsiębiorcy uważali, że nie mogą zmniejszać mocy produkcyjnych. Lepiej przeczekać te parę miesięcy, bo zapotrzebowanie na ich produkty szybko powróci - mówi Ernest Pytlarczyk, ekonomista
BRE Banku.
Szef departamentu analiz w resorcie finansów Marek Rozkrut mówił kilka dni temu "Gazecie", że obecnego wzrostu liczby bezrobotnych nie napędza spadek pracujących, ale wzrost aktywności ekonomicznej osób w wieku produkcyjnym. W urzędach rejestruje się część byłych emigrantów i absolwentów, choć niekoniecznie stracili oni pracę.
Wiceprezes GUS Janusz Witkowski przyznał, że liczba bezrobotnych wzrośnie w grudniu, a stopa bezrobocia podskoczy do 11,7-11,8 proc. Jeszcze miesiąc temu wieszczono, że będzie to 12 proc., a w połowie roku niektórzy ekonomiści nie wahali się mówić o 14 proc.
- W ustawie budżetowej zapisane jest bezrobocie na koniec roku na poziomie 12,5 proc. Do tego jeszcze sporo nam brakuje i wydaje się, że bezrobocie zakładanego poziomu nie osiągnie. To dowód na to, że spowolnienie gospodarcze już od nas odchodzi - komentuje Adam Ambrozik, ekspert konfederacji Pracodawców Polskich. I przypomina wyniki ankiet, które konfederacja przeprowadziła wśród przedsiębiorców. Wynika z nich, że 80 proc. firm nie zamierza zwalniać pracowników, a 17 proc. planuje, że zwiększy zatrudnienie na początku 2010 r.
Gospodarka powoli nabiera wiatru w żagle,
produkcja przemysłowa i budowlana wzrosły o niemal 10 proc. w listopadzie. Dobrze na przyszłość rokuje też ogłoszony przez urząd statystyczny wzrost nowych zamówień w przemyśle w listopadzie o 2,8 proc. w porównaniu z październikiem.
Co tam statystyki, patrzcie, co się dzieje w firmach Zdaniem Pytlarczyka stopa bezrobocia rejestrowanego nie daje nam najlepszej informacji o sytuacji na rynku pracy. Nie dość, że reaguje ona z opóźnieniem, to jednocześnie pokazuje zarówno tych, którzy nie są zainteresowani pracą, jak i tych, którzy pracują na czarno. Lepiej patrzeć na stopę bezrobocia liczoną opierając się na badaniu aktywności ekonomicznej ludności (tzw. BAEL). GUS podał, że w III kwartale wyniosła ona 8,1 proc., a liczona przez Eurostat na jej podstawie miesięczna stopa wyniosła w październiku 8,4 proc. To plasuje nas w środku europejskiej stawki.
- A najlepiej obserwować, co dzieje się z zatrudnieniem w firmach. Od dwóch miesięcy widzimy tu stabilizację, zwolnień już praktycznie nie ma. Słyszymy też, że część firm rezygnuje z ogłoszonych wcześniej zwolnień grupowych - mówi ekonomista BRE Banku.
- Wprawdzie nie należy spodziewać się, że firmy zaczną już zatrudniać nowych pracowników, bo najpierw zapewne zechcą podnosić wydajność pracy i poprawić swoją konkurencyjność na rynku. Jednak po kilku miesiącach na pewno zaczną zatrudniać - ocenia Wiktor Wojciechowski, ekspert Forum Obywatelskiego Rozwoju.
Prawdziwie dobre czasy, takie kiedy praca częściej będzie szukać nas niż my pracy, nadejdą jednak dopiero pod koniec 2010 r. Dla gospodarki jako całość ważne jest jednak już to, że Polacy mniej boją się, że pracę stracą, bo wtedy chętniej wydają pieniądze, a nasza konsumpcja jest ważnym motorem napędzającym wzrost
PKB.
W listopadzie
sprzedaż detaliczna wzrosła o 6,5 proc. To więcej, niż oczekiwali analitycy rynkowi (średnio 5 proc.), choć przyznają oni, że wzrost po części wynika z jednego dnia roboczego więcej w tym roku i zakupów samochodów przez klientów z zagranicy w polskich salonach.