Biznes Ludzie Pieniądze

Polacy lubią być na emeryturze

Aleksandra Pazda
28.12.2009 , aktualizacja: 27.12.2009 20:32
A A A Drukuj
Ta sama praca przez 40-50 lat musi męczyć. Zajęcie trzeba zmienić - trzeba o tym myśleć, zaplanować, kiedy to zrobić. I - uwaga - nie można liczyć, że przekwalifikujemy się po pięćdziesiątce - mówi była prezes ZUS Aleksandra Wiktorow
Była prezes ZUS Aleksandra Wiktorow
Była prezes ZUS Aleksandra Wiktorow
Aleksandra Pezda: Rząd nas straszy - musicie dłużej pracować, może do siedemdziesiątki. Ale dzisiejsi emeryci mówią, że nie mieliby na to sił.

Aleksandra Wiktorow*: Ależ my już dawno powinniśmy tak pracować! Zwłaszcza że historia wcześniejszych emerytur jest krótka - dotyczy tak naprawdę dopiero lat 80. i 90.

Kiedy robiłam wielkie badania okresu przechodzenia na emeryturę, badałam cały okres powojenny - lata 1945-1978. Wyszło, że wówczas przeciętny wiek przechodzenia kobiet na emeryturę to było 61 lat. Mężczyzn 64,5 - trochę niższy niż ustawowe 65 lat, bo w niektórych zawodach, np. w górnictwie czy hutnictwie, już wtedy mieli szczególne uprawnienia.

Coś złego zaczęło się dziać pod koniec lat 70. pod wpływem zdobyczy socjalnych w innych krajach, np. Francji, Niemczech. W całej Europie zaczęto nadawać specjalne uprawnienia emerytalne: u nas w 1976 r. kobiety dostały prawo do wcześniejszej emerytury po 55. roku życia, o ile przepracowały 30 lat. Byliśmy ewenementem na skalę światową, bo różnica wieku emerytalnego kobiety i mężczyzny sięgnęła aż dziesięciu lat.

Później doszły wcześniejsze emerytury ze względu na szczególny charakter pracy. Do dziś nie mogę zrozumieć, jak można puścić na emeryturę (od 1994 r., a więc już w okresie transformacji) 34-letniego policjanta! Nawet przyjmując, że to naprawdę obciążająca i trudna praca. Ale nie chodzi tylko o mundurowych. Dlaczego pracownicy NIK mieli uprawnienia do wcześniejszych emerytur, a pracownicy PIP nie? I dlaczego kasjerka z PKP, a ta z okienka PKS już nie?

Tak staliśmy się krajem najmłodszych emerytów w Europie. A w latach 90., kiedy kraje Europy Zachodniej zaczęły podnosić wiek emerytalny, u nas były przeciwko temu protesty. Bo Polacy lubią być na emeryturze

Dlaczego?

- Nie wiem. Ale na to pytanie warto poszukać odpowiedzi. Bo czy to nie dziwne, że kobiety marzą - ach, jeszcze tylko dwa lata i wreszcie pójdę na emeryturę? Owszem, nie każdy jest zadowolony ze swojej pracy i zawodu. Uczciwie powiedzmy - nie każdy ma nawet taką szansę. Ale pokolenie, które teraz kończy szkoły średnie, nie będzie miało wyjścia - będzie zmuszone dłużej pracować. Liczę, że zdąży się do tego przygotować.

A jeżeli ludzie są zbyt zmęczeni, żeby długo pracować?

- Ta sama praca przez 40-50 lat musi męczyć. Zajęcie trzeba zmienić - trzeba o tym myśleć, zaplanować, kiedy to zrobić. I - uwaga - nie można liczyć, że przekwalifikujemy się po pięćdziesiątce. Rządowa strategia 50 nic nie pomoże. Mało kto w starszym wieku nauczy się czegoś całkowicie nowego, dobrze zaaklimatyzuje się w nowym środowisku pracy, jeśli ostatni raz uczył się czegoś trzydzieści lat wcześniej. Chyba tę strategię pisali ludzie młodzi...

Druga strona tego "zmęczenia pracą" to aspekt społeczny: kiedy kobiety mówią, że są zmęczone, to mogą też być zmęczone naciskami rodziny, żeby zajęły się wnukami. Córka, synowa, proszą: "Niech mama już pójdzie na emeryturę, bo kto się zajmie małym?". I matka się godzi. Choć to jest samobójcza strategia. Oznacza dużo niższą emeryturę. A poza tym - kto powiedział, że kobieta w dojrzałym wieku musi bezpłatnie pracować na rzecz rodziny? Dlaczego nie ma robić czegoś dla siebie - choćby mieć fajną pracę i zarabiać? Przecież już odchowała swoje dzieci...

Ale z drugiej strony, kto chce w pracy dojrzałą kobietę?

- To prawda. Chociaż do pracy nadaje się i fizycznie, i intelektualnie. W innych krajach starsze kobiety pracują wszędzie - nawet są sekretarkami czy recepcjonistkami, a więc wizytówkami firm. U nas ciąży na nich przekleństwo "babci". Byłam świadkiem, jak w dużej publicznej instytucji proponowano na wysokie stanowisko 59-letnią kobietę. Przedstawiciel organizacji pracodawców powiedział, że za stara! Chociaż to pracodawcy apelują: wydłużmy wiek emerytalny! Na szczęście zaprotestowały związki zawodowe. A przecież nie dziwi awansowanie 60-letniego mężczyzny.

No dobrze, ale kto się ma zająć dziećmi? Nie ma żłobków, przedszkoli. Szkoła kończy się wczesnym popołudniem - jeśli matka pracuje, to kto dziecko odbierze jak nie babcia? W Szwecji kobiety po urodzeniu dziecka mogą pracować w mniej sztywnych ramach, np. nie codziennie i nie zawsze tyle samo godzin w ciągu dnia.

- W Polsce teoretycznie kobieta wychowująca dzieci też nie musi pracować w pełnym wymiarze. Ale pracodawcy patrzą na to niechętnie. Stawiają sztywne warunki: praca na cały etat, na pół albo w ogóle. Elastyczna praca, umożliwienie łączenia pracy z karierą domową - to powinien być poważny cel polityki społecznej.

W ogóle w Polsce pokutuje zbyt tradycyjne podejście do czasu pracy - człowiek musi siedzieć w biurze od 8-16. A przecież tak muszą pracować głównie urzędnicy obsługujący interesantów. Inni wystarczyłoby, żeby byli rozliczani z zadań - co za różnica, czy wykonają je w domu, czy w zakładzie?

Trzeba zająć się żłobkami i przedszkolami. O tym wszyscy wiedzą. Ale trzeba też szczególnie zająć się szkołą. Powinna być bardziej dostosowana do potrzeb pracujących rodziców. Otwarta tak długo jak przedszkola. Młodszym dzieciom oprócz lekcji powinno się oferować zajęcia rozwijające ich sprawności. Odrabianie lekcji - by nie musiały tego robić wieczorem i by nie musiały nosić ze sobą podręczników. Ale nie w formie dzisiejszych świetlic, gdzie jest tylko świetliczanka, która czeka, aż przyjdą rodzice. Nauczyciele nie powinni się bać, że nie starczy dla nich pracy, bo dzieci w szkołach coraz mniej. To oczywiście będzie kosztować, ale za to jaki pożytek dla całego społeczeństwa i jakie korzyści z pracy większej liczby kobiet. Może podatki z ich pracy pokryją te dodatkowe wydatki?

Rodzice pozwolą babciom pracować. Dziadkowie uznają, że praca to coś interesującego. Ale czy wytrzymają konkurencję z młodymi pracownikami?

- Konkurencję w czym? Czy to, że ktoś używa większej czcionki w komputerze, dyskwalifikuje go? Czy to, że lepiej pracuje mu się w pomieszczeniu cichszym i jaśniejszym - to taki wielki problem? A nowinki informatyczne? Po co obowiązkowo narzucać je wszystkim, jeśli starszy pracownik w dotychczasowym programie lepiej sobie radzi, a nowy nie podniesie jakości pracy?

O tym trzeba podyskutować. A gdyby tak powołać konkurencyjny do rządowego zespół ludzi w wieku ponadśrednim - nie tylko naukowców, którzy mają inne spojrzenie: są aktywni zawodowo i do tego mają dużą wiedzę - i zapytać - co trzeba zrobić, żeby ludzie starsi chcieli być aktywni zawodowo? Może z tego by wyszła jakaś spójna strategia.

*Aleksandra Wiktorow - profesor Akademii Finansów, pracownik naukowy Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    117 głosów