Poza wysłuchiwaniem ostrzeżeń, jak te ostatnie z Banku Światowego, do tej pory nikt się dyskutować nie kwapił. To prawda - ubezpieczenia na starość nie były nigdy popularnym tematem w wielkiej ekonomii, bo nie liczyły się swoją skalą środków jako poważny partner gospodarki finansowej. Dopiero teraz ich zobowiązania urosły swymi rozmiarami do wielkiego problemu. Pomyśleć: jeszcze w latach 60. wieku XX Paul Samuelson bronić wręcz musiał samego oszczędzania i jego roli w przyszłych inwestycjach.
Chory system - wszędzie tak samo
Obecnie grozi nam, wcześniej czy później, wycieńczenie funduszy emerytalnych, a już dziś ich brakuje - po tym gdy giełdowe fundusze emerytalne w dużej części roztrwoniły, co dostały. To nienowa sytuacja: dokładnie 40 lat temu atakował amerykańskie ubezpieczenia emerytalne Milton Friedman, bo już wtedy wypłacano emerytury w USA ze składek, a praktycznie - podatków od aktualnie zarabiających. W roku 1950 na jedną osobę pobierającą emeryturę przypadało w USA 17 pracujących, zarabiających i płacących podatki, a już w roku 1970 tylko trzech! Wskazywał Friedman przy sposobności, że system, wbrew złudzeniom i założeniom, wcale nie faworyzował warstw uboższych - młodzi ludzie z biedniejszych rodzin zaczynali z reguły pracować wcześniej od tych z rodzin zamożnych, wcześniej więc płacili owe podatki, zaś osiągnąwszy wiek podeszły, umierali wcześniej, a więc krócej pobierali świadczenia z systemu Jednocześnie milion dolarów rocznego dochodu z dywidend nie przekreślał prawa do świadczeń emerytalnych, choć ograniczały to prawo zarobki przekraczające 4500 dol. rocznie!
Rozstrój naszego systemu emerytalnego ma podobny charakter. Dlatego rad bym namawiać nie tylko wielmożnych decydentów na uczciwą w końcu rozmowę - dla ustalenia faktów i dla przyjęcia pewnych jasnych, przejrzystych zasad. Chciałbym na to namawiać całą naszą zainteresowaną tematem publiczność. Bo nikt nie zdaje sobie nawet sprawy, że nasz system emerytalny (o ile go można tak nazwać) jest ekonomicznie chory - ZUS, który gromadzi nasze oszczędności emerytalne, nie pomnaża ich, a na domiar złego giełdowe fundusze emerytalne jeszcze je tracą. To nie jest towarzystwo ubezpieczeniowe, którego każdy z członków - jak w prawdziwym otwartym giełdowym funduszu emerytalnym - ma coś w nim do powiedzenia, wybiera władze, wpływa na jego politykę. To fundusz zamknięty, który bierze pieniądze i sam nimi rządzi.
ZUS jest właścicielem, nie my
Nasz system emerytalny nie jest systemem oszczędnościowym, choć takim się wielu naszym obywatelom wydaje. Stąd i Sąd Najwyższy odrzucił pretensje tego naszego współobywatela, który chciał poznać wysokość środków zgromadzonych na jego koncie wpłat i który chciał rozporządzić się nimi jak właściciel. Otóż ci, którzy opłacają te składki, czyli precyzyjnie mówiąc, podatki na rzecz systemu emerytalnego, nie są właścicielami wpłaconych pieniędzy. Właścicielem jest ZUS, który jako właściciel operuje całością zgromadzonych środków. Dlatego system nazywa się "ubezpieczeniem emerytalnym", choć nie ma to nic wspólnego z normalnym trybem ubezpieczenia przed ryzykiem strat. Tu ryzykuje system, nie "ubezpieczeni". System ryzykuje, że "ubezpieczony" pożyje dłużej niż przeciętna spodziewana długość życia, a systemowi nie starczy na świadczenia dla niego. System korzysta więc, jeśli żyjemy krócej, bo więcej mu zostaje dla innych. Stare hasło - "popierajcie partię czynem, umierajcie przed terminem" - w niczym nie straciło na aktualności, tylko partii nie ma. Problem rodzi się z naszego zdrowia: żyjemy znacznie dłużej, społeczeństwo starzeje się i same podstawy ekonomiczne ZUS - jego pionu emerytalnego (jak innych podobnych systemów emerytalnych) - załamują się kompletnie. I przy tych założeniach systemu to nieuchronne.
Razem z ubezpieczeniami zdrowotnymi (też chorymi) to dziś olbrzymie pieniądze, w skali blisko połowy budżetu państwa. Nasz największy przedwojenny autorytet problemów emerytalnych Wiktor Kościński, kiedy jeszcze daleko było do dzisiejszej skali zobowiązań, postulował całkowite usamodzielnienie systemu emerytalnego, odłączenie go i od budżetu, i od ubezpieczeń zdrowotnych, czyli jego samodzielną, umocowaną ustawowo gospodarkę. Jak wiemy, skoku na kasy ubezpieczeń społecznych dokonano już przed wojną, "ujednolicając" je, tworząc zarazem w 1935 r. centralę, która koncentrowała gromadzone środki - w trybie dogodnym dla kredytowania wielkich przedsięwzięć państwowych typu COP (kredytami solidnie spłacanymi, podkreślmy). Powojenny ZUS (Zakład Ubezpieczeń Społecznych), oparty na pracy tych samych zawodowych, doświadczonych urzędników, formalnie powstały w roku 1960, był jedynie kontynuacją zabiegów, które umożliwiały aparatowi państwowemu swobodne korzystanie z gromadzonych środków. PRL upaństwowiła majątek ubezpieczeń społecznych, włączyła ubezpieczenia społeczne do budżetu, jak też wydawała poprzez budżet - dziesiątkami lat! - nadwyżki wpłat, ściąganych przez ZUS, nad wypłatami. Należałoby to w kategoriach politycznych lub moralnych określić po prostu gigantyczną kradzieżą. Ograniczmy się jednak do stwierdzenia, że zawłaszczono wartości należne ubezpieczonym, w tym i emerytom. Nikt nie pomyślał do tej pory o ich zwrocie - a dopóki ich zwrot może mieć jakieś znaczenie dla podstaw finansowych ZUS, warto o nim pomyśleć.
Przywłaszczenia - naszym kosztem
Aparat partyjno-państwowy, po pierwsze, zawłaszczył nieruchomości będące własnością systemu ubezpieczeń społecznych, po czym przez lata czerpał z nich przychody (nie ma tu nic do rzeczy fakt, że użytkował pomieszczenia darmo; liczy się wysokość przychodów, które mógłby z tych nieruchomości czerpać system ubezpieczeń społecznych). Państwo, po drugie, zagarnęło także inne lokaty, czyli udziały systemu ubezpieczeń społecznych w rentownych przedsiębiorstwach, wcale niemałe (nie mówiąc już o solidnych jeszcze, przedwojennych papierach skarbowych). Państwo, po trzecie, zagarniało również latami wspomniane nadwyżki wpłat nad wypłatami, czego zresztą nawet nie ukrywało, przyznając się oficjalnie do tego danymi w Rocznikach Statystycznych.
Wypadałoby obliczyć te należności. Nie dla iluzorycznych satysfakcji statystycznych, ale po to, by system emerytalny - zgodnie z postulatami Kościńskiego - oprzeć na samodzielnych, wyosobnionych środkach, które ukradziono emerytom. Obecnych emerytów z ich bardzo niewysokimi emeryturami, parokrotnie niższymi od zachodnich, mogą jeszcze utrzymać środki, które sami wypracowali. Wedle mego obliczenia jeszcze nie muszą ich utrzymywać dziś pracujący. Problemem pozostaje odjęcie tych środków budżetowi i pytanie, na ile to zmieni jego sytuację?
Sam zwrot nieruchomości to już są przychody. Nie tylko z zaległości w opłatach za wynajem. Sam budynek Ministerstwa Finansów i inne ZUS-owskie stare inwestycje w Warszawie, na najdroższych dziś czasem parcelach miasta, to jednorazowa sprzedaż w skali może i paru miliardów złotych.
Środki, które zawłaszczano emerytom, szły na utrzymanie aparatu państwowo-partyjnego, ale też lokowano je w rozmaitych przedsięwzięciach, wśród nich i wysoce dochodowych jak - powiedzmy - KGHM (nie wiem, czy rodzina wykończonego przez miniony reżim odkrywcy polskiej miedzi dr. Jana Wyżykowskiego ma coś z jego uporu w walce o eksploatację tych złóż) czy też elektrownie. Wydaje się rozwiązaniem racjonalnym, by część przychodów skarbu państwa z tegoż KGHM i innych dochodowych przedsiębiorstw na tej samej zasadzie co przed wojną przekazywać systemowi emerytalnemu w trybie stałym jako zwrot zagarniętych udziałów. I jako zwrot tego, co my, dzisiejsi emeryci, zapracowaliśmy na swoje emerytury, czyli środki, które wypracowaliśmy, środki zawłaszczone. To będą prawie te same pieniądze, które budżet dziś będzie musiał do emerytur dołożyć. Zwrot raczej więc dla czystości porządku. Dla zasady ustalanej na przyszłość. Dla uczciwej rozmowy z przyszłymi emerytami.
Zamknięte otwarte fundusze
Dla tego celu wypada najpierw uporządkować wreszcie to, co się dziś nazywa systemem emerytalnym. Przymusowy transfer odkładanych środków emerytalnych do otwartych funduszy emerytalnych trzeba obliczyć w jego dotychczasowych rozmiarach, by ujawnić wysokość strat. Każdy przytomny człowiek, znający choć trochę dawne i obecne doświadczenia giełdowe amerykańskich funduszy emerytalnych, wie doskonale, ile są one winne wkładcom i dlaczego USA rozwinęły różne inne formy lokowania środków emerytalnych. Pominę kłamstwo, jakim jest nazywanie naszych funduszy otwartymi, skoro są one klasycznymi funduszami zamkniętymi, closed funds, w których wkładca nie ma nic do powiedzenia i którym tylko powierza swoje środki. Warto ustalić, ot, dla porządku właśnie, ile nas kosztowało uruchomienie giełdy w Polsce i kto za to zapłacił. Nieraz wytykałem, że menedżerowie tych funduszy płacą sobie znacznie więcej niż amerykański 1 proc. od obrotów. Wytykałem też, jak bardzo ich umiejętności zawodowe odległe są od zasad skutecznego inwestowania giełdowego, zasad wskazanych obliczeniami dwóch noblistów ekonomii (idealnie zgodnymi zresztą z tym, co w latach 20. minionego XX wieku wskazywał wielki finansista nowojorski Loeb - zyskasz najwięcej, dobrawszy możliwie reprezentatywny przekrój rynku, a potem trzymając swoje jajka w koszyku, nie ruszając ich, nie próbując "pokonać rynku").
Chodzi właśnie o pewne zasady. Coś było jednak nie w porządku, jeśli najdostatniejsze i najbardziej okazałe budynki w wielu byłych stolicach "małych" województw należały do ZUS. Nie będę wypominał pałacyku zbudowanego przez pewną kasę chorych ani zakupu drogiej, zabytkowej kamieniczki w innym mieście. Nie chodzi o pretensje. Chodzi o spokojne rozstrzygnięcia ustalające rozsądną przyszłość. Systemowi emerytalnemu wypadałoby, moim skromnym zdaniem, raz wreszcie nadać przyzwoity, przejrzysty i zrozumiały dla wszystkich ustrój.
System oszczędnościowy - z oprocentowaniem środków
Uważam, że póki czas, należy obrócić nasz system emerytalny, oparty w założeniach na bismarckowskiej "ordynacji ubezpieczeniowej", w system oszczędnościowy, który co najwyżej ryzykuje swymi lokatami (a i to ubezpieczając się od ryzyka). Jeśli to ma być system oszczędnościowy, pieniądze muszą być przywiązane do osoby wkładcy. Właściciel odkładanych obowiązkowo pieniędzy, odprowadzanych na dane konto przez pracodawcę, będzie mógł o ich lokacie decydować. Nie będzie mógł tylko wydać ich na coś innego. I będzie zawsze wiedział, ile się uzbierało.
Ustanówmy jako zasadę: środki z oszczędności emerytalnych, jeśli publicznie zarządzane, nie mogą być przechowywane bez oprocentowania, muszą być uczciwie inwestowane, czyli w przedsięwzięcia o więcej niż tylko prawdopodobnych przychodach. Ten pieniądz ma rodzić pieniądz na korzyść przyszłych emerytów. Proszę policzyć: 500 zł miesięcznie, ulokowane na 5 proc., z kapitalizowaniem odsetek, na procent składany, po 40 latach pracy czyni ponad 900 tys. zł.
Wypadałoby jednak udostępnić przyszłym emerytom całą możliwą różnorodność form i pól inwestowania. Anglia stosuje poza emeryturami państwowymi również company pensions (emerytury, na które gromadzi się środki w przedsiębiorstwach, środki przez nie na ten cel desygnowane, użytkowane przez firmę jako kapitał zasilający, oprocentowane nie gorzej niż wkłady bankowe) i personal pensions, czyli gromadzenie środków inwestowanych przez samego zainteresowanego w banku lub w innej instytucji finansowej na korzystnie oprocentowanej, gwarantowanej, długoterminowej lokacie emerytalnej.
Ten ostatni sposób inwestowania w ubezpieczenie emerytalne znają też USA. Można wpłacać swe środki na Individual Retirement Account, indywidualny rachunek emerytalny, w uniach kredytowych, a z wpłacanych sum 2000 dol. rocznie są wolne od podatku - dana unia kredytowa (związek kredytowy, jak powinniśmy to poprawniej tłumaczyć) obraca tymi pieniędzmi, przyzwoicie oprocentowanymi, i oczywiście zarabia na swoich kredytach, by finansować odpowiednim procentem i wzrost środków na IRA. IRA stały się bardzo popularnym sposobem samodzielnego finansowania emerytur (służę kontaktem z Polish-Slavic Federal Credit Union na nowojorskim Greenpoint, dawny prezes Marcin Sar jest już pewnie na emeryturze, ale warto go zaprosić jako konsultanta ). Nasze SKOK-i miały odpowiadać formule unii kredytowych, jednak ich obrona, obrona braci Biereckich, przed państwowym nadzorem finansowym jest nieporozumieniem - niczego władze federalne USA nie kontrolują tak wnikliwie, jak unii kredytowych z ich olbrzymimi zasobami sięgającymi kilkuset miliardów dolarów (do katastrofy stowarzyszeń kredytu budowlanego podatnicy amerykańscy musieli słono dopłacić). Gdybyśmy odbudowali JAKO instytucje drobnego kredytu gromadzące drobne oszczędności, komunalne kasy oszczędności mogłyby też ONE prowadzić indywidualne rachunki emerytalne.
Jan Zieleniewski, późniejszy prakseolog, wtedy młody naukowiec z tytułem doktora, badał przed drugą wojną światową doświadczenia ubezpieczeń emerytalnych na Górnym Śląsku. Otóż poza przymusowym ubezpieczeniem emerytalnym działały tam dobrowolne kasy emerytalne, których te obowiązkowe bynajmniej nie wyparły. Warto zwrócić uwagę, że prawie wszystkie te kasy korzystały ze znacznych dobrowolnych świadczeń pracodawców udzielających im też bezpłatnie pomocy w zarządzaniu kasą. "Forma prawna tych kas - zacytuję Zieleniewskiego - jest dość różnorodna: od prywatnego towarzystwa ubezpieczeniowego począwszy, przez instytucje zatwierdzone przez władze centralne, wolne (niezarejestrowane) stowarzyszenia, aż do formy funduszu wydzielonego buchalteryjnie w obrębie przedsiębiorstwa wytwórczego" (dodam na podstawie załączonej do pracy Zieleniewskiego tabeli, że funduszu z bezpieczeństwem pupilarnym, czyli z pierwszeństwem windykacji). Poza tymi ostatnimi, notuje Zieleniewski, "fundusze kas bywają lokowane przeważnie w sposób przewidziany dla prywatnych towarzystw ubezpieczeniowych". Słowem, opisane współczesne rozwiązania anglosaskie nie były niczym nowym, a wszystko i tak wzięło początek z XVIII-wiecznych związków robotników Anglii, pierwotnie nielegalnych jak swoiste loże masońskie.
My, w Polsce, możemy poszukać jeszcze starszych wzorów - w związkach górników Wieliczki, Pierwszych Robotników Jego Królewskiej Mości, z ich funduszem braterskim kopaczy, funduszem ubezpieczeń wzajemnych zorganizowanym w latach 20. XVI wieku. Możemy sobie dowolnie zaprojektować instytucje naszego systemu. Byle mądrze, na podstawie doświadczeń, a nie pod naciskiem żadnych doraźnych interesów partyjnych, które każą jednemu z braci Kaczyńskich, czyli prezydentowi, bronić braci Biereckich [związanych z Kasą Krajową SKOK] przed kontrolą.
Samodzielność wszelkich instytucji systemu emerytalnego oznaczałaby, zgodnie z postulatami Kościńskiego, że musiałyby one same dbać o swoje środki, korzystnie je lokując. Ten postulat również należałoby podnieść do poziomu zasady. System emerytalny nie może opierać się na lokatach, nie wskazując palcem, długofalowo niepewnych. Papiery skarbowe, obciążając następne pokolenia, są dziś, co tu kryć, niezbyt uczciwym środkiem futrowania budżetu - wszędzie, niestety, a już zwłaszcza w porażająco zadłużonych USA. Rozumiem, że każde państwo byłoby rade położyć poprzez papiery skarbowe rękę na oszczędnościach emerytalnych obywateli, ale ani socjalista, ani liberał nie powinni się z tym godzić. Choć to już temat na inną okazję.
Tak czy inaczej, może jednak podyskutować?
* dziennikarz, pisarz, publicysta, honorowy prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich