Mamy samorząd notarialny, który zmusza kancelarie do utrzymywania taksy na wysokim poziomie. Mamy firmy z jednej branży umawiające się w sprawie cen swoich towarów. Firmy wykonawcze ustalają razem stawki, proponowane w przetargach. Dotyczy to specjalistycznych projektów infrastrukturalnych. I mamy sklepy tradycyjne, które chcą walczyć ze sklepami internetowymi, oferującymi niższe ceny za te same produkty. "Gazeta" opisała przypadek producenta wyposażenia łazienek, który usiłował wymusić na e-sklepach podwyższenie cen. Ostrzegł internetowych
handlowców, że jeśli będą sprzedawać za tanio, to będzie ich klientom dawał krótszą gwarancję na swoje produkty. Producent zrobił to pewnie pod naciskiem sklepów tradycyjnych. - Ludzie przychodzą do sklepu, oglądają sprzęt, a następnie kupują to samo w Internecie - żalą się
handlowcy. Ale to nie mój - konsumenta - problem, tylko problem właścicieli sklepów, którzy muszą zmniejszyć marże i rozpocząć sprzedaż w sieci, albo zaproponować klientom bardziej atrakcyjną ofertę. Takie są zasady rynku.
Urząd Ochrony Konsumentów i Konkurencji ściga zmowy i tym razem zapowiedział, że sprawie się przyjrzy. Oby. Żądania producenta są przecież skandaliczne. I jeśli zostałyby wprowadzone w życie, firma powinna ponieść karę. Bo to jest to jeden z tych przypadków, kiedy niewidzialną rękę rynku musi wesprzeć silny, państwowy regulator, twardo egzekwujący prawo.