GUS, jak co miesiąc, przepytał Polaków, jak oceniają swoją sytuację finansową. Pytał, czego spodziewają się w przyszłości, czy nadszedł czas na dokonywanie poważnych zakupów, czy oszczędzanie pieniędzy. Na podstawie odpowiedzi opracowuje wskaźniki ufności konsumenckiej - bieżący i wyprzedzający.
Nasze nastroje trudno nazwać optymistycznymi, jednak ekonomiści widzą w zmianach wskaźników dobrą wróżbę.
Bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej wyniósł minus 18,9 pkt (spadł o 0,4 pkt). Wyprzedzający - minus 26,9 pkt, o 0,8 pkt więcej niż przed miesiącem i najwięcej od początku roku.
- Ujemny wskaźnik oznacza, że przeważają pesymiści. Ale ich było więcej nawet w czasach największej prosperity. Ważne jest jednak to, że coraz mniej boimy się bezrobocia, więcej z nas uznaje, że jest teraz dobry czas na ważne zakupy - komentuje Urszula Kryńska, ekonomistka banku Millennium.
Na początku tego roku nastroje poleciały w dół na łeb na szyję, strach przed bezrobociem sparaliżował Polaków. Mocno ograniczyli wówczas wydatki, bardziej niż wynikałoby to z zasobności ich kieszeni.
- Sytuacja na rynku pracy powoli przestaje się pogarszać: zatrudnienie z miesiąca na miesiąc już nie spada, choć bezrobocie jeszcze rośnie. Stąd stabilizacja nastrojów konsumentów. Możemy się spodziewać wzrostu sprzedaży detalicznej w najbliższym czasie - dodaje Jarosław Janecki, główny ekonomista banku Société Générale.
Zdaniem Kryńskiej w danych o sprzedaży już widać powracającą skłonność do zakupów. - Wiemy, że najgorsze już za nami, więc nasze zakupy rosną. Jednak nie są to zakupy sprzętu RTV czy AGD - to znak, że optymizm jeszcze się nie odbudował - tłumaczy ekonomistka.
Patrycja Maciejewicz: Według ekonomistów kryzys powoli się kończy. Konsumenci już to widzą? Ewa Gucwa-Leśny*: Dla konsumentów, z wyjątkiem osób, które straciły pracę, jest on mniej odczuwalny niż dla przedsiębiorców czy inwestorów. Do niedawna ich nastroje były mniej pesymistyczne. Zdawali sobie sprawę, że kryzys do kraju wkracza. Ich oceny ogólnej sytuacji gospodarczej zaczęły spadać we wrześniu ubiegłego roku. Natomiast dopiero około stycznia tego roku zaczęły się pogarszać oceny własnej sytuacji finansowej. I tak jest zawsze, nie tylko w Polsce, że własną sytuację oceniamy lepiej.
Dlaczego? Przecież Polacy zawsze narzekają. - Swoją sytuację widzimy precyzyjniej. O ogólnej sytuacji wiedzę czerpiemy z mediów, gdzie eksponuje się złe wiadomości. Utwierdzamy się w przekonaniu, że na tym tle sobie radzimy. Przy czym kobiety są mniej optymistyczne, chyba dlatego, że to one prowadzą
domy, one precyzyjniej odczuwają podwyżki cen.
Mieliśmy ostre załamanie produkcji przemysłowej, nastroje firm też siadły na początku tego roku. Dlaczego klienci byli bardziej odporni? - To czwarty kryzys w pamięci tego pokolenia. Najgorszy był ten transformacyjny, kiedy dochody realne średnio spadły o jedną czwartą, na wsi prawie o 40 proc. Dopóki w rodzinie nie ma bezrobotnego i nie zaczynamy zalegać z kredytem, nie jest źle, wielkiego problemu nie ma.
Jednak tych bezrobotnych z miesiąca na miesiąc przybywa. - Właśnie dlatego mówiłam, że do tej pory ich nastroje były nie najgorsze. O ile jednak wzrost bezrobocia nie będzie długotrwały, o tyle uda nam się prześliznąć przez ten kryzys.
Mam wrażenie, że społeczeństwo umie liczyć, wie, że nie zawsze jest dobrze, bez paniki to przyjmujemy. Także dlatego, że kredyty nie są znów tak bardzo powszechne. Tak naprawdę tylko kredytów hipotecznych mamy dużo, i to głównie w grupie młodych osób. Na Zachodzie oprócz hipotek są niespłacone karty kredytowe i znacznie więcej rzeczy kupionych na raty. Więc tam znacznie szybciej rodzina dochodzi do wniosku, że jej nie starcza.
Natomiast w Polsce bardzo dużo osób żyje za to, co ma. Ludzie oszczędzają na rzeczach nie takich niezbędnych. Choćby na wycieczkach zagranicznych - firmy turystyczne mówią, że mają o jedną trzecią niższe obroty. Jednak rezygnacja z wydatków, które nie są zasadnicze, nie jest odbierana jako istotne pogorszenie się jakości życia.
Poza tym znaczna część naszego społeczeństwa to pokolenie pamiętające czasy PRL-u. Nie zatraciło jeszcze umiejętności przydatnych w kryzysie: sami gotujemy, robimy
przetwory, uprawiamy działki, naprawiamy buty, reperujemy sprzęt.
Mamy jakieś zaskórniaki? - Nie do końca. Polacy zawsze byli oszczędni, co nie znaczy, że dużo oszczędzali. Potrafimy ograniczać potrzeby, ale to nie jest to samo. Prawie wszystko, co mamy, przeznaczamy na konsumpcję i w ramach tych wydatków dokonujemy przesunięć: gdy przychodzą gorsze czasy, rezygnujemy z droższej kawy, idziemy do dyskontu.
Odkładamy trudne decyzje, nie tylko o oszczędzaniu. Będę się odchudzał, ale jeszcze do końca tygodnia się najadam, jeszcze święta itd. Będę oszczędzać, ale jeszcze meble zmienię.
A jeśli oszczędzamy, to na sprawy podstawowe - zdrowie i kształcenie. Z przezorności, na taką naprawdę czarną godzinę, na chorobę. Natomiast w bogatszych społeczeństwach oszczędza się, żeby coś sobie kupić - nowy
samochód, nowy sprzęt RTV. I jak zbiorą potrzebną kwotę, to wydają.
Ale społeczeństwo się zmienia. Pokolenie, które dorasta - to między
gimnazjum a studiami - jest już zupełnie inne. Ma zupełnie inny stosunek do rzeczy. Najwięcej konsumuje, wymusza pewne wydatki na rodzicach, wzoruje się na telewizji i internecie, jego styl życia polega między innymi na częstszej wymianie rzeczy. Dlatego gdy przyjdzie następne spowolnienie, oby nie kryzys, za jakieś sześć-siedem lat, to odczujemy je już wyraźniej. Bo ci młodzi zatracą już tę umiejętność radzenia sobie własnym sumptem. Dziś połowa ludzi nie ma rachunku bankowego, a to przyszłe pokolenie będzie więcej inwestować na giełdzie, mocniej się zadłużać i masowo używać kart kredytowych. A więc wszystkie zagrożenia, które działały w trakcie tego kryzysu, wystąpią z większym natężeniem.
Na razie święta mają być jak dawniej, nie zamierzamy na nich oszczędzać. - My naprawdę nie żyliśmy na tyle bogato, by poziom życia istotnie obniżać. Jak wygląda nasze Boże Narodzenie? To głównie wystawne jedzenie, które nie jest aż tak drogie, na dodatek w większości przygotowujemy je w domu. A prezenty? Często symboliczne, u nas na święta nikt nie kupuje aut, jak zdarza się na Zachodzie.