Poprzednie lata nas rozpieściły. Co roku nasze pensje rosły nie tylko za sprawą podwyżek, ale też zmniejszania podatków i składek. Jeszcze za rządów PiS obniżona została składka rentowa - pracownicy zyskali dzięki temu kilka miliardów złotych. Kolejną obniżkę tej składki od początku 2008 r. dołożył rząd PO. W naszych kieszeniach zostało dzięki temu 8 mld zł.
Zarobili wszyscy - od kilkunastu do kilkuset złotych w skali roku. Najwięcej - najlepiej zarabiający.
Po drodze zyskaliśmy też wielką, jak na polskie warunki, ulgę podatkową na dzieci. W kieszeniach rodziców zostaje dzięki niej 5-6 mld zł rocznie, nawet po przeszło 1000 zł na każde dziecko. A i to nie był koniec.
Od początku 2009 r. zmieniła się skala podatkowa w PIT. Stawki 19, 30 i 40 proc. zostały zastąpione przez 18 i 32 proc. Zyskaliśmy jakieś 8 mld zł - od kilku złotych nawet do kilku tysięcy miesięcznie.
W efekcie po tych wszystkich obniżkach i dzięki uldze na dzieci w naszych kieszeniach zostało dodatkowe blisko 30 mld zł rocznie. Ekonomiści twierdzą, że to pomogło naszej gospodarce w kryzysie, bo większe pieniądze w portfelach podatników pomogły pobudzić konsumpcję.
W 2010 r. skala podatków od dochodów osobistych nawet nie drgnęła. Nie wzrosła ani kwota wolna od podatku, ani progi, ani limity ulg i kwoty kosztów uzyskania
Jednak z dalszymi obniżkami podatków musimy się na jakiś czas pożegnać. Na jak długo? Nie wiadomo. W 2010 r. obowiązuje taka sama skala podatkowa jak w 2009 r. Takie same są kwoty kosztów uzyskania przychodu i limity ulg (wyjątkiem jest rosnący, ale tylko dla garstki ludzi, limit podatkowej ulgi odsetkowej). Można więc mówić o zamrożeniu podatków na poziomie z poprzedniego roku. Przy inflacji w praktyce oznacza to powolną podwyżkę podatków.
Gdyby odmrożono kwotę wolną i próg podatkowy, zyskalibyśmy po kilka, kilkanaście, może kilkadziesiąt złotych rocznie. Wzrósłby też limit ulgi na dzieci uzależniony od kwoty dochodu wolnego od opodatkowania. I kwoty kosztów uzyskania. To oznaczałoby kolejne oszczędności.
Ministerstwo Finansów może tłumaczyć, że waloryzacji kwot podatkowych nie ma, bo mamy kryzys i kasa państwa jest pusta. To prawda, ale kryzys powoli się kończy, a w ustawie podatkowej nie ma mechanizmu waloryzacji progu, kwoty wolnej od podatku i kwot kosztów uzyskania przychodu. Zamrożenie może trwać i trwać.
Kiedyś taki mechanizm w ustawie był. Kwoty z ustawy o PIT co roku były waloryzowane, czyli podążały za inflacją i wzrostem płac.
W 2002 r. zamrożono kwoty progów podatkowych, a dwa lata później także kwotę wolną. W ten sposób co roku podatnicy dostawali po kieszeni. W międzyczasie z ustawy podatkowej wyrzucono mechanizm waloryzacji. Dopiero od początku 2007 r. ówczesna minister finansów Zyta Gilowska przeforsowała odmrożenie skali.
Nazwała to "oddaniem podatnikom sprawiedliwości". Ale do ustawy podatkowej nie wpisano mechanizmu waloryzacji progów i kwoty wolnej. Nikt jednak specjalnie na to nie zwracał uwagi - wszak na horyzoncie była obniżka podatków z 2009 r.
Inne kraje mimo kryzysu waloryzują kwoty podatkowe, np. w Wlk. Brytanii kwota dochodu wolnego od podatku będzie wyższa niż rok wcześniej o 440 funtów. Co ciekawe, i u nas od mechanizmu waloryzacji nie odstąpiono - w przypadku podatków i opłat lokalnych.
Tyle że ten mechanizm dotyczy waloryzacji maksymalnych kwotowych stawek tych podatków. Sprawia, że co roku płacimy trochę więcej: • podatku od
nieruchomości za działki,
domy i
mieszkania, • za wypoczynek w miejscowościach uzdrowiskowych, • za handel na targowiskach czy • za psa. Nie inaczej jest też w 2010 r. Maksymalne stawki podatków i opłat lokalnych podskoczyły o 3,5 proc.