Litwa jest dziś zależna nie tylko od rosyjskiego gazu, ale także od
importu energii elektrycznej.
Wraz z zamknięciem Ignaliny w decydującą fazę wchodzi wielka biznesowo-polityczna rozgrywka o to, kto wybuduje nową elektrownię w regionie i będzie zarabiał na sprzedaży prądu. Niestety, polski rząd niemal w ogóle nie bierze w niej udziału, choć karty ma nie najgorsze.
Na stole leżą dwa projekty. Pierwszy: Litwa,
Łotwa,
Estonia i
Polska wspólnie budują nową elektrownię jądrową w Visaginas nieopodal Ignaliny. Niestety, plany pokrzyżowała indolencja Litwinów, którzy zmarnotrawili dwa lata na polityczne kłótnie. Miesiąc temu postanowili, że to nie państwowe firmy będą miały większość akcji, ale zagraniczny inwestor, który dostanie 51 proc. Tylko on jest bowiem w stanie zapewnić pieniądze na inwestycję - a w grę wchodzi ok. 2 mld euro. Polska czeka teraz na to, czy zgłosi się jakiś chętny oraz jak dużą elektrownię będzie chciał zbudować. Żeby udział naszego kraju miał sens, powinniśmy dostać ok. 1 tys. megawatów z nowej elektrowni. Prąd popłynie do Polski mostem energetycznym z Litwą, który ma być skończony w 2015 r. Litewska elektrownia - o ile w ogóle powstanie, bo na razie nie wiadomo, aby jakiś potentat energetyczny się zgłosił - będzie gotowa najwcześniej w 2018 r. Prawdopodobnie inwestor powie nam: chcecie mieć tysiąc megawatów, to za nie zapłaćcie. Pytanie - jak długo mamy czekać, aż sytuacja się wyklaruje.
Państwowa Polska Grupa Energetyczna, która jest oficjalnym partnerem atomowego projektu na Litwie, ma ogromne wydatki w kraju - musi wybudować naszą elektrownię jądrową do 2020 r. oraz inwestować w nowe bloki na węgiel, bo stare dożywają swoich dni. W sumie mówi się o 40 mld zł w ciągu najbliższych 10 lat. Pieniądze potrzebne są dziś, czekając, tylko tracimy czas.
Drugi projekt to pomysł Rosjan, którzy chcą wybudować dużą (2,3 tys. megawatów) elektrownię jądrową w obwodzie kaliningradzkim, przy granicy z Litwą. Pierwszy blok ma być gotowy już w roku 2015. 49 proc. udziałów Rosjanie proponują zagranicznemu akcjonariuszowi bądź akcjonariuszom.
Politycy polscy i litewscy traktowali te zapowiedzi jak blef, który ma utrudnić budowę elektrowni na Litwie. Tymczasem w połowie 2009 r. Władimir Putin podpisał rozporządzenie o budowie elektrowni, Rosjanie błyskawicznie wybrali miejsce i rozpoczęli wstępne prace. W sierpniu ogłosili, że są zainteresowani udziałem Polski, Litwy i Niemiec, które mogą być odbiorcami prądu. Chcą budowy łącznika między Kaliningradem a Polską.
Polski rząd zupełnie nie ma pomysłu, co z tym atomowym pasztetem zrobić. Oczywiście priorytetem jest elektrownia atomowa w Polsce, potem na Litwie. - Ewentualne negocjacje z Rosją chcemy powiązać z negocjowanym właśnie kontraktem gazowym - mówił nam w sierpniu wysoki przedstawiciel rządu. Ale tak się nie stało. Temat zaledwie poruszono. Tymczasem są polskie państwowe firmy energetyczne, które mają wielką chrapkę na rozpoczęcie rozmów z Rosjanami, ale bez zgody rządu prezesi nie kiwną w tej sprawie palcem, bojąc się o swe posady.
Nie przystępując do licytacji, niczego nie zyskujemy. Jeśli Rosjanie wybiorą potężnego partnera zagranicznego, a już zgłosiły się firmy z Włoch i Hiszpanii, to on sam może wybudować sobie łącznik do Polski, a nasz kraj - zgodnie z unijnymi przepisami - będzie musiał się na to zgodzić. W przyszłym roku prywatyzowany będzie państwowy koncern Energa, którego obszar działania sąsiaduje z Kaliningradem. Jest więcej niż prawdopodobne, że zagraniczny inwestor, który ją kupi, zacznie rozmowy z Rosjanami, zwłaszcza że mogą zaoferować Polsce 1 tys. MW. To nie jest znacząca wielkość w skali kraju - w sumie nasze elektrownie mają ponad 30 tys. MW, ale można sporo zarobić.
A jeśli nawet łącznik między Polską a obwodem kaliningradzkim nie powstanie, to i tak prąd z tej elektrowni popłynie do naszego kraju - przez kabel między Litwą a Polską.
Czy w regionie jest miejsce na dwie siłownie atomowe - na ten temat eksperci się spierają. Na pewno ta, która będzie pierwsza, zyska ogromną przewagę.
Rząd nie chce pogłębiania uzależnienia energetycznego Polski od Rosji i trudno mu się dziwić. Ale chowając głowę w piasek, niczego nie zyskujemy, tracimy tylko czas. Za kilkanaście lat możemy mieć deficyt energii. Trzeba jak najszybciej podjąć decyzję, czy państwowe polskie firmy powinny wchodzić w bałtyckie projekty, czy nie. Projekt rosyjski jest bardziej realny, ale mniej bezpieczny, projekt litewski - sojuszniczy, ale mglisty.
"W polityce zwykle opłaca się gra na wielu fortepianach" - pisał 40 lat temu Paweł Jasienica. Chodziło mu o wiek XVII, ale akurat pod tym względem nic się nie zmieniło.